Dwa miesiące później
DUFF
Między nami wszystko działo się tak idealnie, że aż bałem
się huku, z jakim to wszystko się rozpieprzy. Nie miewaliśmy poważniejszych
spięć, nawet jak nasze zdania się od siebie różniły, to i tak znajdowaliśmy
sposób, żeby bez kłótni dojść do porozumienia. Nie mam pojęcia, czy byliśmy tak
zajebistą parą, czy po prostu byliśmy nią zbyt krótko, żeby się żreć. Podobało
mi się to, bo przecież o wiele lepiej jest tylko chodzić i się miziać niż
wrzeszczeć na siebie, bić się, nie odzywać, a potem przepraszać w
nieskończoność, ale mimo to bałem się, że to się kiedyś skończy i przestanie
być tak kolorowo. Postanowiłem jednak, póki wszystko działało, cieszyć się tym,
że Roxanne w ogóle mnie zechciała i że do tej pory jej się nie odwidziałem.
W jej domu byłem tylko kilka razy, najczęściej spotykaliśmy
się u mnie, albo szliśmy gdzieś na miasto, jednak za każdym razem, gdy udało mi
się zagościć w jej olbrzymiej posesji, byłem pod ogromnym wrażeniem. Hall był
dosyć ciasny, jak na standardy domostwa – miał objętość mniej-więcej połowy
mojego pokoju. Następny w kolejności był salon; ogromny, przestronny i… dziwny.
Na jasnej podłodze leżał biały, puchaty dywan, po kątach stało parę dużych
kwiatków, na ścianach wisiały jakieś obrazy. W centrum znajdowała się kanapa,
odwrócona w stronę telewizora. Przestrzeń między nimi dzielił stolik z takim
fajnym szklanym blatem. Było fajnie, ale za każdym razem miałem wrażenie, że
czegoś tu brakuje, że jest zbyt obco, dziko i nie mógłbym się tu poczuć jak w
domu.
Drzwi na lewo prowadziły do kuchni, połączonej z jadalnią.
Jasne szafki z jakiegoś drogiego drewna, wszystko błyszczące i piękne jak w
jakiejś reklamie. Wokół dużego, kwadratowego stołu postawiono cztery krzesła.
Całkiem zajebiście, nawet lubiłem tam siedzieć. Ale i tak najlepiej było u
Roxanne. Do jej pokoju prowadziły potężne schody w salonie, takie, jak mają ci
najbogatsi w filmach. Potem szło się w prawo i drugimi drzwiami wchodziło się do
jej królestwa.
Pokój gabarytowo zbliżony do mojego, może nawet – co może
wydawać się dziwne – trochę mniejszy, ale zdecydowanie lepiej urządzony! Czuć
było w tym kobiecą rękę. Po prawej stronie na ścianach wisiały plakaty jej
ulubionych zespołów i odtwarzacz, a także pokaźna kolekcja płyt i kaset.
Podejrzewałem, że nawet większa, niż moja. Naprzeciwko drzwi znajdowało się
ogromne okno, przez które wiele razy do mnie uciekała, gdy nie mogła się wyrwać
stąd w inny sposób. Przy ścianie z lewej stało olbrzymie łóżko, otoczone szafką
nocną i biurkiem. Na podłodze dywan. Zajebiście, naprawdę czułem się tam bosko.
Taki rockowy klimat, praktycznie wszystko nawiązywało do muzyki.
Nad biurkiem wisiała tablica korkowa i poprzyczepiane do
niej wykaligrafowane i stylizowane na prawdziwe nazwy zespołów, jakieś
ważniejsze notatki, nasze wspólne zdjęcia i piosenka, którą dla niej napisałem.
Nic ckliwego, bardziej humorystyczna niż romantyczna, ale mimo to zawierała w
sobie wszystko, co najważniejsze. Roxanne zapałała do niej wielką miłością.
Nauka gry na gitarze, jaką jej obiecałem, odbywała się
pewnie nieco inaczej, niż planowała, ale dopóki nie narzekała, nie zamierzałem
zmieniać harmonogramu. Przychodziła do mnie, siadaliśmy z gitarami, pokazywałem
jej chwyt albo dwa, szybko uczyłem przejść, „odpytywałem” z tego, co już
umiała, a potem starałem się sprowadzić rozmowę na taki tor, żeby odłożyła
gitarę i zaczęła mnie całować. Zazwyczaj się udawało, chociaż rozgryzła mnie po
tygodniu. Była dla mnie stanowczo zbyt mądra!
Któregoś przedpołudnia wpadłem do Roxanne i rozłożyłem się
na jej łóżku, nawet nie czekając, aż powie coś w stylu „rozgość się” albo
„cześć Duff, miło, że przyszedłeś”. Przywitała mnie zniewalającym okrzykiem:
- Duff, idioto, kto cię tu wpuścił?!
- Myślałem, że te drzwi są dla mnie zawsze otwarte.
- Bo są. Ale czasem po prostu wypada uprzedzić, że zamierza
się przyjść. Nie uważasz?
- Nie. - Roxanne westchnęła i wymamrotała pod nosem coś w
stylu „niereformowalny człowiek” i wróciła do swojego zajmującego zajęcia,
jakim było składanie ubrań. – Czyli nie cieszysz się, że jestem?
- Szczerze? – Uniosła brwi. Uwielbiała się ze mną droczyć, a
i ja nie byłem gorszy. – Niespecjalnie. Chyba, że chcesz mi pomóc.
- Jasne! – Zerwałem się z łóżka i sekundę później stałem już
obok niej, ale zamiast zabrać się za porządkowanie jej szafy, przytuliłem ją od
tyłu, wpijając się ustami w jej szyję. Użyła moich ulubionych perfum, czyli
spodziewała się mnie. Kłamczucha!
- Wiesz, że nie całkiem o to mi chodziło? – spytała, próbując
się nie śmiać.
- Domyślam się, ale zauważ, że to, co proponuję, jest
fajniejsze i jestem pewien, że wolisz to niż składanie ubrań. Przecież ty nie
lubisz ubrań, nie pamiętasz? A mnie lubisz.
- Jesteś dziś strasznie pewny siebie – skwitowała, ale
jednak odrzuciła koszulkę Ramones, przekręciła się przodem do mnie i zarzuciła
ręce na moją szyję.
- Jestem, bo wiem, że to uwielbiasz. - Musnąłem jej usta, na
co odpowiedziała mi tym samym, potem dała kolejnego buziaka i jeszcze kilka.
Matko, jak mi było z nią dobrze. Miałem kiedyś dziewczynę,
ale wydawało mi się, że trochę się mnie bała. Poszła ze mną do łóżka, bez
żadnych „ale”, było beznadziejnie, a potem nawet nie wrzeszczała, że nie
zadzwoniłem. Do tej pory ze sobą oficjalnie nie zerwaliśmy, ale cały ten nasz
związek też nie był jakoś hucznie rozpoczęty. Trwał trzy dni… I nie był choćby
w jednej miliardowej tak fantastyczny jak mój obecny.
- Zamierzasz dzisiaj cały dzień składać ubrania? - spytałem,
bawiąc się kosmykiem jej włosów.
- Tak planowałam. Dalej nie chcesz mi pomóc?
- Średnio. Mogę popatrzeć jak się przy tym gimnastykujesz, a
potem zabrać Cię gdzieś na miasto, póki nie mam próby.
- Wieczorem ćwiczycie? - Przytaknąłem. - Szkoda. Wolę jak
spotykacie się rano albo po południu.
- Czemu?
- Sama nie wiem. Ale lubię się z tobą spotykać wieczorami.
- Romantycznie?
- Nawet nie o to chodzi, po prostu wtedy nikt nam nie
przeszkadza, robimy co i kiedy chcemy, nie jesteśmy ograniczeni czasowo. - Pokiwałem
głową ze zrozumieniem. Też wolę wieczory.
Puściłem ją, żeby mogła kontynuować składanie ubrań i znów
rozłożyłem się na łóżku. Przez chwilę wgapiałem się w ciszy, jak co pewien czas
schyla się, by wziąć kolejną koszulkę czy spodnie, a potem spytałem:
- Szkoła jest dla ciebie raczej ważna, co nie?
- Dosyć.
- Ale chodziłaś ze mną na wagary...
- Bo był koniec roku, a ja i tak miałam już dobre oceny. W
tym roku mnie tak często już nie wyciągniesz. - Uśmiechnęła się, jednak
widziałem w tym geście pewną obawę, jak to przyjmę.
- Nawet nie planowałem. Myślałem raczej... ale nie, to
głupie.
- No mów.
- Nie. - Roxanne spojrzała na mnie groźnie i wrogim tonem
głosu wymówiła moje imię. - Miałem mały przypał za to, że rzadko chodzę i
rodzice obiecali mi wpierdol, jak następny rok też taki będzie. Ale ja nie mam
motywacji. Mam chujową klasę, tak myślę, szkoła jest beznadziejna i do srania
mi się te pierdoły przydadzą. No i pomyślałem, że może jakbym zmienił klasę na
atrakcyjniejszą, to ktoś kopnąłby mnie co jakiś czas w dupę i zmusił do
chodzenia tam.
- Chcesz się przepisać do mnie?
- Tak. Ty byś miała towarzystwo nie tylko na przerwach raz
na ruski miesiąc, jak będę łaskaw się pojawić, a ja motywację. Co ty na to?
- Duff, to cudownie! Strasznie się cieszę!
- Naprawdę?! To świetnie, bo w sumie to wszystko już
załatwione.
- Co? Jesteś pojebany... - Znów przekleństwo w jej ustach
zabrzmiało jak obelga, chociaż blondynka zaraz zaczęła się śmiać i pewnie tak
na prawdę nie miała niczego złego na myśli.
- Pojebany, ale twój - uciąłem i wyszczerzyłem zęby w
szerokim uśmiechu.
- No mój, mój. - Podeszła i poczochrała mnie po włosach,
skradając później czułego buziaka . - Skoro wieczór mam spędzić samotnie, to
chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żebym zostawiła trochę tych ciuchów na
później.
ROXANNE
Przez ostatnie dwa miesiące moje życie przypominało
sielankę. Rzadko bywałam w domu, więc nie musiałam znosić Elizy ani jej
wielbicieli, cały mój czas zajmował chłopak, którego uwielbiałam i który chyba
uwielbiał mnie. Codziennie gdzieś mnie wyciągał, uczył grać na gitarze,
rozśmieszał, po prostu był obok. Czasem szliśmy gadając jak nakręceni,
poruszając wszystkie możliwe tematy, od dogłębnie omówionych warunków
atmosferycznych, przez krajobrazy miasta, nasze wspomnienia, plany, oczywiście
muzykę, aż do polityki międzynarodowej, a czasem siedzieliśmy obok siebie na
ławce bez słowa i gapiliśmy się w niebo, albo przed siebie. Z Duffem wszystko
było takie proste… Bałam się, że kiedyś zacznie mu się nudzić, stwierdzi, że to
nie to i mnie zostawi, nie byłam pewna, czy kiedykolwiek bym się po tym pozbierała.
Nie miałam nikogo innego, kto mógłby mnie pocieszyć po ewentualnym rozstaniu,
więc nawet nie chciałam sobie takowego wyobrażać. Odpędzałam od siebie każdą
taką myśl, bo po co myśleć o tym, co będzie, jak skończy się coś, co póki co
jest fantastyczne?
Zapominając o stercie wyrzuconych z szafy i porozwalanych po
całym pokoju ciuchów, wyszłam z Duffem. Żałowałam, że ma wieczorem próbę,
sądziłam, że będzie wolny, dlatego zabrałam się za porządki przed południem.
Mimo to nie narzekałam, ciesząc się, że chłopak w ogóle ma i chce mieć dla mnie
czas.
- Gdzie idziemy? – spytałam, gdy po wyjściu z mojego domu
przez dłuższy czas kierowaliśmy się wzdłuż ulicy, za którą średnio przepadałam.
Pełno tam było żuli, grubych, zaniedbanych kobiet, dźwigających ciężkie torby i
podejrzanych typków. Blondyn czuł się tam chyba wyjątkowo swobodnie, ale mnie
taka okolica nie przekonywała.
- Chciałem ci pokazać takie jedno miejsce.
- Jakie?
- Zobaczysz jak dojdziemy.
Już nie dyskutowałam, bo Duff bywał dość uparty i
wiedziałam, że próbowaniem wyciągnięcia z niego, jakie ma plany, nic nie
wskóram. Musiałam uzbroić się w cierpliwość i po prostu iść z nim tam, gdzie
sobie wymarzył.
- Eee! – Usłyszeliśmy gdzieś z przodu. Stanął przed nami
ogromny facet, łysy z brzuchem, wyglądający na takiego, którego głównym
zajęciem jest siedzenie z piwem przed telewizorem. - Gdzie to się zakochańce
wybierają? – Próbowaliśmy go ominąć i iść dalej, ale nie dawał za wygraną. –
Pytam o coś. Gdzie idziecie? – Warknął, zbliżając rękę do moich włosów. Duff
mocniej ścisnął moją dłoń i przyciągnął mnie bliżej siebie, a potem zasłonił
mnie swoim ciałem. – Ohoho, koguciku, spokojnie. Nic jej nie zrobię – zaśmiał
się ten obrzydliwy facet. – Johnny, chodź na chwilę, zobacz, jaka nam się
piękna para trafiła! – krzyknął. Chwilę później z zakładu fryzjerskiego kilka
metrów za nim wyszedł ten cały Johnny i zbliżył się do swojego kumpla.
Johnny był przeciwieństwem tego obrzydliwego typka. Nie
grzeszył urodą i również był bardzo wysoki, jednak przy tym szczupły i odrobinę
koślawy. Szczęka obsuwała mu się na bok i wciąż przymrużał oczy. Posiadał rude
włosy, miał wąsy i zarost. Była z nich dziwaczna para, mimo to przestraszyli
mnie nie na żarty. Duff, który starał się wyglądać na odważnego chyba też się
trochę zdygał, czułam jak drży mu dłoń. Chyba, że to moja dygotała tak bardzo…
Schowałam się za plecami mojego chłopaka, mając nadzieję, że nic się nie
stanie, a panowie dadzą nam spokój.
- Co jest? – spytał Johnny, patrząc na nas z zaciekawieniem.
Przepity głos do niego pasował.
- Powiedz chłopcu, że nie musi się bać o swoją ukochaną i
nakreśl mu, czego od niego chcemy.
Rudy przybliżył się jeszcze bardziej, a ja w akcie
desperacji przyciągnęłam Duffa jeszcze bardziej do tyłu. Staliśmy prawie na
krawężniku, obserwując wszystko, zamiast uciekać.
- Pieniędzy – rzucił Johnny, wyciągając dłoń.
- Nie mamy pieniędzy – tłumaczył blondyn, trochę złamanym
głosem.
- Każdy ma. Nie chcemy dużo. Na fajki. Zastanów się
chłopcze, wolisz nam oddać kilka dolarów, czy swoją dziewczynę? – Większy facet
podszedł do nas, a ja zaczynałam się coraz bardziej denerwować. Prawie wtuliłam
się w plecy Duffa. Przez chwilę bałam się, że im mnie odda, ale szybko uznałam
te obawy za idiotyczne.
- Odpieprz się od niej – warknął blondyn, gdy tamten znów
wyciągnął rękę, by mnie dotknąć.
- O, jaki agresywny. Johnny, co robimy z agresywnymi? – Rudy
uderzył pięścią w swoją dłoń, uśmiechając się krzywo. – Jesteś pewny, że chcesz
tak z nami rozmawiać? Użycz nam dziesięciu dolców albo swojej dziewczyny na piętnaście
minut i dajemy wam spokój.
- Zapomnij.
- Co? Kiepska jest? To po co z taką jesteś?
McKagan zrobił się czerwony ze złości. Wyrwał się z mojego
objęcia, zacisnął pięść i z całej siły uderzył podśmiewającego się oblecha.
Zabolało, gdyż ten złapał się za nos i odsunął kilka metrów. Do akcji wkroczył
rudy, który też dostał od mojego chłopaka. Byłam przerażona, nie docierało do
mnie, gdy Duff krzyczał:
- Roxanne, uciekaj. - Stałam i patrzyłam, nie potrafiąc
zrobić kroku. Jak zwykle w stresie, nie nadawałam się do niczego. – Biegnij! –
wrzeszczał, a ja byłam jakby obok. Patrzyłam na to, jak okłada pięściami
Johnny’ego, który nie dał się tak łatwo wyłożyć. Obserwowałam, jak oblech
podszedł i chwycił blondyna za koszulkę, a rudy unieruchomił mu ręce. Ten pierwszy
wymierzył się, zamierzając uderzyć, a Duff zamknął oczy i odchylił się
maksymalnie, czekając na cios.
Wszystko trwało może kilka sekund, dla mnie jednak to była
wieczność. Nie mogłam bezczynnie patrzeć, jak jacyś kretyni biją mojego
chłopaka, przemogłam się, podbiegłam do łysego i z całej siły kopnęłam go z
glana w jaja. Johnny zaczął się śmiać, puścił Duffa, a ten złapał mnie za
nadgarstek i zmusił do biegu. Skręciliśmy w jakąś uliczkę, wbiegliśmy po
schodach i siedliśmy na pagórku, za krzakami.
- Mówiłem, żebyś uciekała – warknął.
- Świetny miałeś pomysł. Jakbym uciekła pewnie leżałbyś tam
teraz półżywy, albo nawet i martwy, a tych dwóch zjebusów jeszcze by po tobie
skakało.
- A jakby ci coś zrobili?
- Ale nie zrobili. Ciesz się, że cię nie posłuchałam, bo ta
twoja twarzyczka już by nie była taka piękna…
Burknął coś niezrozumiałego, opierając ręce na kolanach. Nie
wiedziałam, z czego był niezadowolony. Obronił mnie, a potem mu się po prostu
odwdzięczyłam. Powinien się cieszyć, że ma taką waleczną dziewczynę, która
potrafi się dla niego ogarnąć.
- O co chodzi? – spytałam w końcu.
- Jestem na siebie zły, że cię tu przyprowadziłem. To było
głupie, w ogóle jestem jebanym idiotą. Przecież oni mogli ci coś zrobić.
Roxanne, weź mnie zabij, zanim ja przez przypadek zabiję nas oboje, dobrze?
- Co ty odpierdalasz? Może to nie jest randka marzeń, ale
skąd miałeś wiedzieć, że tak będzie?
- Mogłem się kurwa domyślić.
Brakowało mi na niego słów. Położyłam głowę na jego ramieniu
i po prostu czekałam, aż mu przejdzie. Dopiero po dłużej chwili objął mnie
ramieniem, to jednak wciąż nie było to.
- Byłeś zajebisty. – Postanowiłam zmienić taktykę. - To, jak
przywaliłeś temu łysemu… Jeden cios i po nim. Gdzie się nauczyłeś tak bić?
- Mam czterech braci. – Zaśmiałam się, jednak jego to nie
przekonało. Dodał jedynie, siląc się na entuzjazm: - Ty byłaś lepsza, jak
przyjebałaś mu z glana.
- Bałam się, że cię uderzy.
Przycisnął mnie do siebie mocniej, chyba z wdzięczności.
Jakby nie patrzeć, uratowałam mu życie, a przynajmniej zdrowie, tak jak on mi.
Wciąż patrzył przed siebie, więc dłonią odwróciłam jego twarz w moją stronę.
- Boże, Duff, ty krwawisz! – wrzasnęłam, widząc jak
szkarłatna smużka spływa po jego lewej skroni. On tylko wzruszył ramionami i
wytarł ją rękawem swojej kurtki. – Trzeba do lekarza, nie? A jak ci się wda
zakażenie?
- Nic mi się nie wda.
- Duff, to może być poważne. Chodź, muszę cię opatrzeć. Nie
możemy tego tak zostawić, to… - paplałam, dopóki nie przerwał mi moich wywodów
pocałunkiem. Ktoś mądry kiedyś powiedział: „jeśli chcesz, żeby twoja kobieta
przestała gadać, całuj ją, dopóki nie zapomni, o czym mówiła” i McKagan chyba
stosował się do tej rady, gdyż długi czas nie odrywał swoich ust od moich.
Cierpliwie czekał, aż zacznę oddawać pocałunki i chyba nawet nie liczył na to,
jak bardzo się wkręcę. Wplotłam dłoń w jego włosy i dałam się przyciągnąć do
niego tak blisko, że wiedziałam, że czuje moje cycki na swojej klatce
piersiowej.
Podniosłam się trochę i zaczęłam go subtelnie, ledwie
wyczuwalnie przyciskać do ziemi. Trochę mi zajęło, zanim się położył, a ja nie
do końca wiedziałam, co chcę osiągnąć. Przecież wygodniej mi było na siedząco…
Moje hormony zdecydowały, żeby usiąść na nim okrakiem, a właściwie prawie się
położyć, a duszony głos rozsądku nie starał się ich powstrzymać. Duffowi się
spodobało, poprawił się na miejscu i przytrzymał moje biodra, wciąż całując.
Delikatnie wsunął rękę pod bluzkę, wodząc palcami po plecach, a mnie przeszły
przyjemne dreszcze.
Czy dążyłam do czegoś więcej, niż tylko miłe pocałunki pod
jakąś wierzbą? Sama nie wiedziałam, nie potrafiłam kontrolować swojego ciała, a
ono chyba jednak chciało czegoś więcej. Tylko czy koniecznie tutaj?
Nie wiedziałam, co się ze mną działo. W życiu nie podejrzewałabym
się o coś takiego. Co to miało być w ogóle? Co z moją niepewnością? Moimi
wahaniami? Chyba jestem jakaś psychiczna, skoro piętnaście minut temu w panice nie
mogłam się ruszyć ze strachu, dziesięć minut temu spieprzałam przed jakimiś
oblechami, a teraz mam ochotę rozebrać Duffa i pieprzyć się z nim w krzakach…
Chyba powinnam się przebadać, bo mnie pojebało.
Usłyszałam jakiś jęk, następnie kolejny, bardziej
intensywny. Oboje z Duffem spojrzeliśmy w lewo. Dosłownie kilkanaście metrów od
nas, jakaś para postanowiła zrobić to, do czego my chyba podświadomie
dążyliśmy. A właściwie to do tego, co ja chciałam sprowokować, przez jakąś
pieprzoną naleciałość, której nie potrafiłam ogarnąć. McKagan spojrzał na mnie,
ja na niego i w tej samej chwili zaczęliśmy się śmiać. Wstałam z niego,
pomogłam mu się podnieść i zwinęliśmy się stamtąd, w przeciwnym kierunku niż
ulica, na której prawie zginęliśmy.
- Tak w ogóle to co chciałeś mi pokazać?
- Taki bar, ale chyba odechciało mi się pić…
Szliśmy milcząc przez dłuższy czas. Każde zatopione w swoich
myślach, błądzące we własnym świecie, do którego nikt nie miał wstępu. Ani on,
ani ja nie mieliśmy ochoty na rozmowę, co było w miarę zrozumiałe po takich
przeżyciach. Nigdy jeszcze nie przytrafiło mi się nic tak przerażającego,
chociaż wielu podstarzałych typków zaczynało się do mnie dobierać, żaden nie
był tak obleśny ani tak straszny, jak tamten. I żaden nie chciał pobić mojego
chłopaka. To była moja pierwsza bójka, jakiej byłam świadkiem i w jakiej –
można powiedzieć - brałam udział.
- O nie – jęknął w pewnej chwili Duff, wyrywając mnie z
zamyślenia.
- Co? Znowu tamci?
- Gorzej. To moi kumple.
Spojrzałam na trzech chłopaków, idących w naszą stronę.
Wyglądali na kumpli Duffa. Postawa „mam wszystko w dupie”, niedbały strój,
papierosy w dłoniach. Poluzowałam uścisk, jakby w razie mój chłopak nie chciał
im się przyznać, kim jestem – nie byłam bowiem pewna, czy ktoś poza jego
rodzicami o nas wie – on jednak splótł nasze palce i przyciągnął mnie bliżej
siebie. Miał nieobecny wzrok i przygryzł wargę. Czyżby obawiał się starcia z
kumplami?
DUFF
Pojeby musiały, po prostu musiały, iść tą drogą, co my. Jest
tyle ulic w całym pieprzonym Seattle, a oni musieli zebrać się akurat tam,
gdzie kurwa nigdy, ale to nigdy ich nie widziałem. Ja pierdole, co za kretyni.
Zacząłem ich nienawidzić właśnie w tamtej chwili.
Czułem, jak Roxanne luzuje dłoń, pewnie sądziła, że będę
chciał się wywinąć i nie powiem im, że mam dziewczynę, ale zamiast tego
wplotłem moje palce między jej i nieznacznie pociągnąłem ją w moją stronę.
Byłem gotowy na konfrontację z pojebami, którzy gdy tylko podeszli bliżej,
zaczęli te swoje:
- No, no, Duff, nie chwaliłeś nam się, że masz dziewczynę.
- Nie zasługujemy, żeby wiedzieć?
- Że taka laska na ciebie poleciała…
Daliby spokój, nie robili mi siary i nie zgrywali idiotów,
chociaż ten jeden raz, gdy mi naprawdę zależy.
- Przedstawiłbyś nas, głąbie.
- Roxanne, to moi tak zwani kumple. No, a to Roxanne.
Każdy z nich przestawił się jej, oczywiście wyciągając w jej
strony swoje łapska, ona natomiast uściskała wszystkie z uśmiechem, mówiąc jak
to miło jest jej ich poznać. Kłamała, kto by chciał poznawać takie pierdoły,
ale moja dziewczyna jest po prostu zbyt miła dla tych wszystkich popaprańców,
jacy się wokół niej kręcą. Dla mnie również.
- Gdzie idziecie? – spytał Dave, jak zwykle uśmiechnięty,
trzymając w lewej dłoni papierosa.
- W jakieś spokojne miejsce – mruknąłem, dając nacisk na
słowo „spokojne”. Miałem nadzieję, że załapią aluzję i spierdolą.
- Dobra, McKagan, nie ciskaj się. Idziemy już, nie będziemy
przecież z wami gadać – rzucił Mike. Roxanne się roześmiała, wpatrzona w niego
jak w obrazek. – Pamiętaj, ofiaro losu, że mamy dziś próbę o 18. Roxanne,
przypilnuj go. Stracił dla ciebie głowę i nie obchodzą go już sprawy zespołu.
- Pamiętam – syknąłem. Nie podobało mi się to, w jaki sposób
zwracał się do mojej dziewczyny. Tak, jakby chciał pokazać, że on jest lepszy,
że nie powinna marnować na mnie czasu. Wybujała wyobraźnia? Może. Ale Mike
zawsze taki był, stałem się uprzedzony. W dodatku laski na niego leciały, bo
podobno był przystojny i miał uroczy dołeczek w lewym policzku. Słodko w chuj…
- Dobra, dobra, mówię tylko. Widzisz, jaki drażliwy? Mam
nadzieję, że dla ciebie jest milszy. – Znów mówił do Roxanne, a mnie zalewała
krew. – Jak coś to możesz przyjść do mnie i się poskarżyć, chętnie mu wpierdolę.
– Spojrzał na mnie i dodał: - Korci mnie od jakiegoś czasu…
- Zrobił ci coś? – spytała blondynka, trochę zaniepokojona,
jak wyłapałem z tonu jej głosu. Mike tylko zaśmiał się i wytłumaczył:
- Nie. Po prostu mam ochotę obić mu michę.
- Dobra, Mike, zajmij się lepiej swoją michą, zamiast
nastawiać moją dziewczynę przeciwko mnie, co?
- Spokojnie, Duff, nie nastawiam jej przeciwko tobie. Skąd w
ogóle ten pomysł? Przewrażliwiony jakiś jesteś…
- Roxanne, a może wpadniesz na naszą próbę? Nie chciałabyś
posłuchać, jak twój ukochany wali w gary? – zaproponował Dave.
- To nie będzie kłopot?
- Jaki tam kłopot? Wbijaj, kiedy chcesz. Nie wiem, czemu ten
ciota nie zabrał cię wcześniej.
- Żeby nie musiała się z wami użerać – mruknąłem, coraz
bardziej wkurzony tą rozmową z nimi. Nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Długo
zbierałem się, żeby im powiedzieć, że znalazłem dziewczynę i chciałem, żeby nie
zachowywali się przy niej jak banda zdziczałych idiotów i, kurwa, nie udało
się.
- Ryj, McKagan – warknął milczący do tej pory Jason. –
Roxanne, przyjdź na naszą próbę, jeśli masz ochotę. – Posłał jej krzywy,
wymuszony uśmiech, obrócił się i odszedł, a za nim tych dwóch kretynów, niczym
wierne pieski. Oczywiście musieli pożegnać się z blondynką, ale na szczęście nie
trwało to zbyt długo i było do przyjęcia.
- Chcesz, żebym tam poszła? – spytała, gdy zostaliśmy sami.
Spojrzała na mnie z taką nadzieją w oczach, że nie potrafiłem powiedzieć nic
innego, niż tylko:
- Oczywiście.
Bo chciałem. Bardzo chciałem zabierać ją na nasze próby, ale
nie chciałem, żeby miała dłuższy kontakt z moimi pojebanymi kumplami.
- Nie wyglądasz na przekonanego. W ogóle, co cię ugryzło?
Jesteś na mnie zły?
- Co? Nie. Za co niby?
- Nie wiem, ale zachowywałeś się, jakbyś był.
- Nie na ciebie, na nich. Zachowywali się, jakbym był jakiś…
nie wiem. Nie chcę, żebyś pomyślała, że jestem… Kurwa nawet nie wiem. Nic nie
wiem.
- Hej, spokojnie. Nie pomyślę sobie, że jesteś jakiś… jakiś,
bo nie mam powodów. To twoi kumple, zgrywali się z ciebie i tyle, rozumiem to.
Popatrzyła na mnie, jakby naprawdę rozumiała. Chyba to tylko
ja byłem tak przewrażliwiony, żeby traktować kilka tekstów, jako próby
poderwania Roxanne. Idiota i tyle… Ile ja dziś jeszcze rzeczy miałem spieprzyć?
- Ja jestem taki pojebany, czy ty
taka idealna?
- To i to – odpowiedziała ze
śmiechem i chwytając moją twarz w dłonie, wpiła się w moje usta, stając na
palcach, by było jej wygodniej. Objąłem ją w pasie, przyciągając trochę do góry
i żarliwie oddawałem jej pocałunki. W dupie mieliśmy cały świat, starszą panią,
która z oburzeniem komentowała całowanie się na środku chodnika przez dwójkę
podejrzanie wyglądających dzieciaków i wszystko, co do tej pory się wydarzyło.
To była nasza chwila, nic nie mogło nam jej przerwać.
Kilka godzin później
ROXANNE
Koledzy Duffa wydawali mi się
całkiem sympatyczni. Nie wiedziałam, czemu tak bardzo się na nich wściekał
wtedy na ulicy, jednak teraz wyglądało na to, że mu przeszło. Grali cover Ramones
i wydawało mi się, że świetnie się przy tym bawili, gdyż Jason i Dave na
gitarach kręcili się w kółko i zachowywali się jak rasowi gitarzyści na
największych koncertach, Mike z gitarą basową w rękach melodyjnie wywrzaskiwał
kolejne wersy piosenki, a Duff tak wczuwał się w swoją grę, że co jakiś czas
podnosiło go ze stołka.
Po każdej piosence biłam im
brawo, a oni kłaniali mi się i czasem któryś wykrzykiwał do mikrofonu coś w
stylu „Jesteście najlepszą publicznością, dla jakiej graliśmy!” albo „Kochamy
was, Seattle”, że już nie wspomnę o dedykacji: „To piosenka dla uroczej
blondynki z pierwszego rzędu” przed „Roxanne” The Police. Nie mogli się
powstrzymać, żeby tego nie zagrać, a jakże!
Mike miał fantastyczny głos,
lekko zachrypnięty, męski i melodyjny. Idealnie śpiewał zarówno szybkie,
punkowe kawałki, jak i klimatyczne ballady. Pewnie, gdy chłopcy gdzieś grali,
on zgarniał najwięcej fanek, gdyż z całej czwórki był – oczywiście po Duffie –
najprzystojniejszy i miał śliczny uśmiech. Poza tym większość lasek leciała na
brunetów, byłam jedną z tych odmieńców, które szalały za blondynami… Mike
wydawał się być sympatyczny. Zabawny, rozmowny i miał w sobie coś, co
sprawiało, że automatycznie zaczynało się go lubić.
Dave wyglądał na najstarszego. Szatyn,
wiecznie uśmiechnięty, według mnie średniej aparycji, ale nadrabiający poczuciem
humoru i podejściem do ludzi. Był naprawdę sympatyczny i nawet jakiś bardziej
chamski żart nie brzmiał w jego ustach obraźliwie.
I Jason, gitara prowadząca, jak
zdołałam ocenić. Chyba najbardziej intrygujący ze wszystkich. Wydawał się być
zamknięty w sobie, maksymalnie skupiony na tym, co robił, ale próbował się
wpasować w iście koncertowe realia i również tańczył ze swoją gitarą. Jasne
włosy sięgały mu ramion i z nich wszystkich wyglądał chyba najbardziej rockowo.
Duff prezentował się nieźle w tej swojej skórzanej kurtce i dziurawych
jeansach, ale ten chyba odrobinę go przebijał w skórzanych spodniach i koszulce
Zeppelinów, którą potem – pomimo głośnych protestów mojego chłopaka – zdjął.
Jason po prostu miał coś takiego w twarzy, co sprawiało, że od razu było po nim
widać, że nie jest normalnym, miłym chłopcem z osiedla. Rzadko się odzywał, rzadko
uśmiechał, w ogóle był jakiś odsunięty. Ale chyba chciałam go poznać. Był
kumplem Duffa, więc to dosyć oczywiste, że planowałam się z nim zaznajomić…
- Dobra, przerwa – zarządził
Mike, odkładając gitarę. Dave wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, rozdał
każdemu po fajce, zaproponował też mi, ale odmówiłam. Chwilę później stał przy
mnie Duff, wyciągając mnie w „spokojniejsze miejsce”, czyli w kąt na lewo od
wejścia, gdyż ten z drugiej strony był trochę zagracony, w każdym innym miejscu
byliśmy narażeni na bezpośrednie spojrzenia chłopaków, a na dworze padało. Ja
bardziej myślałam, żeby może trochę pogadać z jego kumplami, jakoś się z nimi
zintegrować, żeby nie mieli mnie tylko, jako „tą, przez którą Duff przesuwa
próby”, ale też, jako” fajną dziewczynę, która czasem podkrada im perkusistę”.
Skoro jednak mój chłopak miał inne plany na tę przerwę, postanowiłam się
dostosować i najwyżej starać się zmieniać ich stosunek do mnie podczas
następnej przerwy.
-I jak ci się podoba nasz zespół?
– spytał blondyn, zamykając mnie w potrzasku między nim i dwiema ścianami.
Stworzył dla mnie małą pułapkę, ale mimo to nie czułam się przez to jakoś
bardzo uciśniona. Wręcz przeciwnie – było mi całkiem przyjemnie w takiej
klatce.
- Jesteście świetni!
- A która część podoba ci się
najbardziej? – Uniósł brwi i czekał na tę łechtającą jego ego odpowiedź.
Wahałam się przez chwilę, czy nie powiedzieć, że wokal, albo sekcja gitarowa,
ale nie chciałam być aż tak wredna, wiedząc, że przede mną rozwija się
perspektywa całkiem miłych kilku minut, których nie chciałam spędzić na
przepraszaniu, nawet takim niezbyt serio.
- Perkusista to niezła dupa. Dasz
mi jego numer?
- On już ma dziewczynę.
- Naprawdę? Szkoda…
- On nie narzeka.
- Dobrze mu z tą laską?
- Jak cholera. W życiu by jej nie
zamienił. – Uniósł kąciki ust, co miało oznaczać, że lada chwila „polecimy w
ślinę”, jak to czasem określał.
- To jest ta część naszej
rozmowy, gdy publiczność robi „awww”, bo wielki rockman powiedział coś
romantycznego?
- Tak. A zaraz przez okno wleci
statek kosmiczny i zacznie wszystko rozpierdalać takimi czerwonymi laserami!
- I ty weźmiesz jakieś lusterko,
odbijesz strumień światła i zniszczysz to UFO.
- I publika zacznie klaskać, a ja
stanę się bohaterem ludzkości!
- I ja rzucę ci się w ramiona z
radości, jaki to jesteś odważny i wspaniały.
- I pójdziemy się ruchać.
- I cały romantyzm pójdzie w
pizdu – skwitowałam, na co on tylko zaśmiał się pod nosem i odparł:
- Wspaniale, że jesteś tak samo
pojebana, jak ja.
Nachylił się i pocałował mnie
delikatnie w usta. To znaczy delikatnie zaczął, bo gdy zauważył, że powoli się
wkręcam, wcisnął mnie swoim ciałem w ten róg i pogłębił pocałunek. Zaplotłam
ręce wokół jego szyi, a on położył swoje dłonie na moich biodrach. Miałam
nadzieję, że uważał, żeby nie spalić mi papierosem koszulki.
- Gołąbeczki, gramy! – Dobiegło
nas wołanie któregoś z chłopaków. Chciałam oderwać się od Duffa i pozwolić mu
odejść, ale on miał najwidoczniej w dupie swoich kumpli i jeszcze mocniej
ścisnął moje biodra.
- Hej, Duff, przestań wysysać jej
twarz i chodź – krzyknął inny. Byłam pewna, że to Mike i Dave, nie
podejrzewałam Jasona o jakiekolwiek próby komunikacji, zwłaszcza w tak
żartobliwym tonie. Czułam, jak mój chłopak na chwilę odkleił ode mnie jedną
rękę, a później znów odłożył ją na miejsce. Pewnie pokazał im środkowy palec.
- Ej no, kurwa, McKagan, chodź tu
fiucie, siądź na dupie i wal w gary, bo ci wpierdolę zaraz – zbulwersował się
któryś. Podejrzewałam, że Mike, jednak głosy nie docierały do mnie tak, jak
powinny. Odchyliłam głowę, uciekając przed ustami Duffa.
- Idź tam – kazałam, zsuwając
dłonie na jego klatkę piersiową i popychając go w stronę chłopaków.
- Wolę zostać.
- Po to masz próby, żeby z nimi
ćwiczyć. Ze mną poćwiczysz po próbie – dodałam, widząc jego wielce zagniewaną
minę. Uśmiechnął się, dał mi jeszcze przelotnego buziaka i popędził, aby siąść
za perkusją.
Ja usiadłam grzecznie pod ścianą,
przepraszając wzrokiem za to, że ich kumpel tak się przeze mnie zachowywał. Nie
dostałam w odpowiedzi pogardliwych spojrzeń czy obojętnych wzruszeń ramionami,
a serdeczne uśmiechy, które trochę podniosły mnie na duchu.
Zagrali kilka piosenek, jedną
powtarzając chyba cztery razy, gdyż nie mogli się w niej zgrać. Albo jeden
wchodził zbyt szybko, albo drugi się zapominał i za długo czekał, albo Mike
zapominał tekstu, albo Duff popieprzył coś rytmicznie. Znów zrobili przerwę,
tym razem ustalili, że będzie trochę dłuższa, na fajkę i piwo. Blondyn ponownie
chciał mnie wyciągnąć w kąt, szepcząc mi do ucha jakieś czułe słówka, ale tym
razem poprosiłam go, żebym mogła poznać jego kolegów i zobaczyć, w jakim
towarzystwie obraca się mój chłopak. Zaakceptował taki argument i dosiedliśmy
się do nich, rozłożonych na podłodze. Dostaliśmy po piwie i kilku miłych
słowach, że postanowiliśmy jednak posiedzieć trochę z nimi.
- Tylko błagam, nie zachowujcie
się jak te wszystkie pary, które tylko siedzą i się liżą, dobra? A jak macie
się lizać, to w kąciku – zarządził Dave.
- Dobra, dobra. Chcemy z wami
pogadać, co nie? – mruczał Duff, sam niezbyt wierzący w swoje słowa.
Było całkiem przyjemnie. Mike i
Dave sypali żartami na zmianę z Duffem, nie było dla nich tematów, nie do
poruszenia, jednak widziałam, że trochę się hamowali. Jason siedział na
wzmacniaczu, polerując swoją gitarę ściereczką i – o dziwo – też czasem wtrącał
kilka słów. Dwa razy nawet złapałam go na uśmiechu. Ogólnie miałam co do nich
pozytywne odczucia, dało się ich polubić, nawet intrygującego gitarzystę.
Po próbie, która przeciągnęła im
się do wpół do dziewiątej, wszyscy rozeszli się w swoje strony. My mieliśmy iść
na trochę do mnie, o ile nikogo nie będzie w salonie, a że Mike mieszkał chyba
ze dwie przecznice dalej, szedł z nami. Wciąż padało, więc dostałam od Duffa
jego skórzaną kurtkę, żebym za bardzo nie zmokła. Szedł obejmując mnie w pasie
i wyraźnie odsuwając od swojego kumpla. Czyżby był zazdrosny? Nieprawdopodobne,
pan Michael McKagan, pewny siebie do bólu i mający czasem zbyt wysokie
mniemanie, miałby być zazdrosny? Nie ufał mi?
Gdy rozstaliśmy się z brunetem,
postanowiłam go spytać, czemu tak mnie od niego odsuwał.
- Wcale nie! – zarzekał się,
- Duff, przecież widziałam.
Jesteś zazdrosny? – Uniosłam brwi.
- Nie jestem!
- Jesteś!
- Nie jestem! A tak w ogóle to
muszę już iść.
- Mieliśmy iść do mnie. Nie
chcesz?
- Jest późno i… Mama będzie się
martwić – wymyślił, dał mi szybkiego buziaka i zostawił samą pod bramą,
prowadzącą do mojego olbrzymiego domu, którego tak nienawidziłam i tak bardzo
się bałam.
Nie chodziło mu o mamę, bo akurat
on mógł sobie wracać, kiedy chciał, i tak nie robiło to na nikim wrażenia.
Czyżbym uraziła jego dumę, mówiąc, że był zazdrosny? Przecież to nic złego. Co
więcej, w odpowiednich ilościach to bardzo pozytywna cecha. Znaczyłoby, że mu
zależało. O co mogło mu chodzić, że tak bardzo go ruszyły moje słowa?
Przez chwilę patrzyłam w jego
stronę, ale w końcu weszłam do tego mojego nieszczęsnego domu, dopiero w środku
uświadamiając sobie, że jest ulewa, a ja mam jego kurtkę. Trudno, proponowałam wejście do domu, to nie chciał, niech teraz cierpi,
uznałam w myślach i poszłam do siebie.
DUFF
Szkoda było mi zostawiać Roxanne,
gdy proponowała uroczy wieczór we dwoje w jej klimatycznym pokoju, ale nie miałem
ochoty tłumaczyć się z tego, czy byłem zazdrosny, czy nie.
Nie byłem zazdrosny. Nie miałem
powodów, żeby być, bo ani Roxanne nie wykazywała zainteresowania Mike’m, ani on
nie wyglądał, jakby miał w planach ją poderwać. Byłem po prostu nauczony
doświadczeniem, że lepiej nie pokazywać temu chłopakowi ładnych dziewczyn, gdyż
on nie przepuszczał żadnej. Nigdy nie wybaczyłem mu tego, jak wyrwał mi sprzed
nosa Ashley. Wiedział, że mi się podobała, a i tak zbezcześcił ją swoją śliną.
Rozkochał, zostawił i nic dziwnego, że dziewczyna potem nie chciała mieć z nami
do czynienia. Poza tym chyba nie chciałem mieć laski, którą już wypróbował mój
kumpel.
W każdym razie, Mike był zdolny
do wszystkiego i o ile ufałem mojej Roxanne, o tyle nie wierzyłem w szczerość
jego intencji i starałem się zachować między nimi dystans. Tak tylko, dla
bezpieczeństwa.
______________________________
Znowu przeskok, tym razem o dwa miesiące. Czemu? Ponieważ cały ten czas jest wystarczająco dobrze opisany w pierwszych słowach każdego z nich. Po cóż miałabym robić z tego rzygofilnego tasiemca, skoro mogę skupić się na tym co ważne, zostawiając trochę tego romantyzmu?
Dziś jest dość dużo perspektywy Roxanne. Wydaje mi się, że jeszcze rozdział czy dwa i zacznie się jej robić coraz mniej, ku Waszej radości :)
I jeszcze jedna kwestia. Albo muszę zacząć wstawiać krótsze rozdziały, albo robić to rzadziej, gdyż zostało mi jeszcze może 5-6 rozdziałów które mam napisane, reszta jest w fazie tworzenia. Wybierzcie, którą opcję wolicie, będzie to bardzo pomocne :)
Co do moich odczuć na temat tego tam wyżej... dwa tygodnie temu podobało mi się bardziej. Im więcej razy to czytam, tym gorsze mi się wydaje, ale myślę, że to normalne. Wy ocenicie, jak mi wyszło :)
Jak co tydzień dziękuję za takie miłe komentarze.
Do następnego!
Witam.
OdpowiedzUsuńMówisz, że nie jesteś zadowolona z tego rozdziału, a mnie się wydaje, że jest to (na chwilę obecną) Twój najlepszy rozdział.
Zacznę od Roxanne... Ostatnio czepiałam się jej zachowania, ale w tym rozdziale w uroczy sposób wplotłaś w jej postać trochę nieśmiałości, niepewności, przy pomocy dosłownie kilku określeń. Zdaje mi się, że ona dopiero zaczyna się otwierać na świat. Jej perspektywa nie była "typową" paplaniną zakochanej nastolatki, ale "typową" paplaniną nastolatki, która chyba odkrywa w jakiś sposób siebie - i to mi się bardzo bardzo podoba- nie musi być strachliwa itd. (logiczne, że tych dwóch typków się przestraszyła- więc to nie zarzut). Zmierzam do tego, że pięknie opisałaś jej postać- stała się bardziej ludzka- wcześniej była taką porcelanową dziewczynką, krystalicznie czystą, a teraz staje się w dalszym ciągu dziewczyną ale z krwi i kości- a to już zasługa Twoich opisów.
Idealnie opisałaś ich wzajemny strach o to, że coś się spieprzy. Wiadomo, że każde z nich inaczej to wyraziło, ale sens jest ten sam. Boją się tego samego. Zapewne nie wiedzą wzajemnie o swoich obawach, ale są to chyba najbardziej naturalne odczucia, jakie przeżywają zakochani na początku związku, kiedy nic nie jest do końca pewne.
Scena, w której Roxanne daje się ponieść chwili i chyba (musze się tak wyrazić) staje obok siebie (opisujesz to w taki sposób, jakby była poza sobą) i stara się nazwać to co się dzieje, kiedy dochodzi do tego prawie maksymalnego zbliżenia- ach... piękne- bardzo naturalne i prawdziwe. Żal mi tylko, że nie opisałaś tego też z perspektywy Duffa :) ale to już Twoja decyzja... ech szkoda ;)
Teraz krótko o Duffie... Zaskoczyłaś mnie- myślałam, że będzie chciał, aby z nim uciekła, a tu nagle zachciało mu się do szkoły chodzić- genialnie wymyślone- cieszę się, że tak tym pokierowałaś, gdyż ucieczka tak od razu w wieku 15-tu lat to by była trochę naciągana historia po tych kilku miesiącach ich znajomości.
Prawie na koniec dodam jeszcze (po raz kolejny), że uwielbiam Twój swobodny styl pisania. Acja (mimo przeskoków- które jak widać są słuszne) rozwija się niezwykle normalnie - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Są dramaty (ale w życiu też są), jest sielanka, są chwile czułości, zazdrości, czyli wszystko to, co przeżywa każdy z nas. Uwialbiam takie opisy... Co nie znaczy, że jakieś schizujące nie są złe, ale każdy powinien pisać takim stylem, jaki jemu odpowiada i w jakim się sprawdza- Ty się sprawdzasz właśnie w tym. Sposób, w jaki przedstawiłaś zespół- wszystko to wypływa ze zwykłych relacji ludzkich, bez żadnego wciskania na siłę.
Teraz już na koniec odniosę się do Twojego pytania o sposób zamieszczania rozdziałów. Generalnie nie powinno to robić różnicy ale jest tu jedna kwestia... Mówiłam już, że podoba mi się to, jak zakańczasz rozdziały... Tekst, który masz już napisany wypłynoł z Ciebie w takiej formie, w jakiej go przedstawiasz- tak pierwotnie te rozdziały wyglądają. Jeśli chodzi o mnie- wolałabym, żebyś ich nie kroiła teraz na mniejsze, bo mogą straciś swoje brzmienie- to tak jakbyś napisała piosenkę, po czym postanowiła podzielić ją na dwie różne. Wyobraź sobie November rain podzielone na dwa- da się, bo piosenka jest charakterystyczna, ale straci wtedy swój wydźwięk... Dlatego ja jestem skłonna radzić Ci (absolutnie tego nie wymagam i nie będę się czepiać, jeśli podejmiesz inną decyzję) żebyś zachowała kształt i długość rozdziłów, a dodawała je rzadziej- ale może uprzedź swoich czytelników, że od teraz będą np. raz na dwa tygodnie czy raz na miesiąc...
Zdaje się, że to już by było tyle- nie mam się czego uczepić:)
Serdecznie pozdrawiam Mili
P.S. nie- jednak coś jest- no "Na rany Chrystusa" (jakby to powiedział Pan Wołodyjowski) Duff gadał z nią o polityce ! nie uwierzę- prędzej ja zostanę księdzem (a o ile mi wiadomo jestem kobietą choć po płaskiej klatce piersiowej trudno to wychwycić:)) niż on jako 15- latek będzie o polityce mówić he he he.
Dobra teraz to już serio koniec.
Czekam na następny rozdział
pozdrawiam
Mili
Dziękuję Ci niezmiernie za tak długi i budujący komentarz! :)
UsuńCieszę się, że udało mi się sprawić, że Roxanne nie była tak denerwująca jak poprzednio :) Mam nadzieję, że już będzie tylko lepiej, chociaż moja skłonność do samokrytyki pewnie i tak nigdy nie pozwoli mi w to naprawdę uwierzyć.
A co do tego, jak kończę rozdziały... Nie piszę tego opowiadania rozdziałami, więc ich koniec jest dziełem przypadku i mojego "a tutaj sobie utnę" :) Chyba dlatego czasem wychodzą mi takie giganty. Ale myślę, że masz rację. Skracanie tego chyba nie ma sensu...
I ostatnia kwestia, czyli rozmawianie z Duffem o polityce. Z tym samym Duffem, który kilka lat później mówił w wywiadach, żeby go o politykę nie pytać. No cóż, jednak w moim przekonaniu nawet z nim da się o tym pogadać :) Zawsze to Roxanne mogła mówić, a on tylko pytać i wysnuwać swoje wnioski. W każdym razie o to mi chodziło, żeby było trochę nieprawdopodobnie :)
Pozdrawiam!
No, jeśli to Roxanne mówiła a on słuchał- to może nawet czegoś się nauczył- wyjaśniłaś to wystarczająco. Ale księdzem i tak nie zostanę- celibat jest nie do przyjęcia! :)
Usuńżyczę powodzenia
pozdrawiam
mili
P.S.2. Przepraszam za te popołykane literki,
OdpowiedzUsuńMili
"Między nami wszystko działo się tak idealnie, że aż bałem się huku, z jakim to wszystko się rozpieprzy." - To zdanie brzmi jak żywcem wyjęte z jakiejś biografi Gunsów, albo wywiadu. Urzekło mnie! Wspaniale piszesz. Z każdą chwilą trochę bardziej lubię Roxanne, która faktycznie zaczęła się otwierać na świat i ludzi. Lubię czytać o takim zwyczajnym życiu zbuntowanych nastolatków, chociaż nie ukrywam, że chętnie przeniosłabym się już do czasów, gdy Duff i jego dziewczyna są dorośli. Osobiście wolę krótsze rozdziały, ale wszystko zależy od tego, czy będą się nadawały do podzielenia. Wiesz, żeby nie okazało się, że kompletnie nic się nie dzieje. Zrobisz jak zechcesz! A ja czekam na kolejny :).
OdpowiedzUsuńSkarbie, wiesz, że ja nie umiem komentować. Czytam, ale jestem w te klocki beznadziejna. I jestem totalnie zakochana w tej parze dzieciaków ♥
OdpowiedzUsuńWiesz co? Kocham Cię za to opowiadanie! Jest po prostu świetne, jedne z lepszych, które przyszło mi kiedykolwiek czytać. Tak jak pisałam w poprzednim moim komentarzu, bardziej do gustu przypadły mi fragmenty z perspektywy Duffa, jednak to chyba dlatego, że sama nigdy nie byłam dobra w opisywaniu myśli i czuć chłopaka, a Tobie wychodzi to idealnie. Czytają powyższy rozdział miałam wrażenie jakby związek McKagana i Roxanne opierał się głównie na przyjaźni, za co kolejny plus, bo nie zrobiłaś z tego opowiadania typowego love story. Nie wiem, jak to robisz, ale wszystko, co piszesz jest takie prawdziwe. Choćby zachowanie bohaterów adekwatne do ich wieku - osobiście, choć jeszcze dwa lata temu byłam ich rówieśniczką, nie umiałabym przekazać tego wszystkiego, tak jak Tobie się to udało. Kurczę, jesteś moim idolem! <3
OdpowiedzUsuńWciąż nie mam pojęcia, jak dalej potoczy się akcja, lecz z drugiej strony przypuszczam, że Mike trochę namiesza w relacji Duffa i jego dziewczyny. No właśnie, kolejna rzecz, która wychodzi Ci świetnie - nieprzewidywalność. Bez wątpienia masz wielki talent.
Cóż, pozostaje mi już tylko życzyć Ci duuużo weny i pomysłów. Pozdrawiam :)