niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział III

ROXANNE

Bardziej niż szczęśliwa weszłam do domu. Miałam nadzieję, że uda mi się niepostrzeżenie przemknąć do mojego pokoju, rozłożyć się na łóżku i nacieszyć tym, co się stało. Przypomnieć sobie jak Duff był zmieszany, gdy palnęłam o randce, później jak się wahał, plątał, aż w końcu spytał, czy chciałabym dziś rzeczywiście spotkać się w trochę innym charakterze. Później te lody, fakt, że to on za nie zapłacił, a potem jeszcze ten wypad nad jezioro. Powiedział, że jestem ładna… Rozpływałam się na samo wspomnienie tych słów, jego ramion, którymi mnie otoczył pod bramą, albo powrotu w dość nietypowej jak na nas pozie. Teraz chciałam po prostu uniknąć konfrontacji z kimkolwiek, odreagować w swoim pokoju, zwariować w samotności ze szczęścia.
Ostrożnie uchyliłam drzwi i wśliznęłam się do środka. Wydawało mi się, że nikogo nie było, więc nieco śmielej przeszłam przez hall i weszłam do salonu. Zauważyłam, że ktoś leży na kanapie i obserwuje każdy mój krok. Zastygłam w bezruchu, co było chyba najgorszym możliwym wyjściem z tej sytuacji
- Co powiesz, piękna? – spytał mężczyzna, a na jego twarzy zagościł obleśny uśmiech. – Chcesz się pobawić? Nie wstydź się.
Wstał i podszedł do mnie, a ja otępiała nie ruszyłam się ani o centymetr. Dotknął mojego ramienia, a mnie przeszły ciarki, bynajmniej nie te przyjemne, które miałam, gdy dłoń Duffa delikatnie gładziła moje plecy. Nie byłam w stanie nic zrobić, dosłownie zamarłam. Mój instynkt obronny się wyłączył i zmusił do bezczynnego przyglądania się poczynaniom starego, obrzydliwego faceta. Był rudy, chudy, miał zarost wokół ust i chodził zgarbiony. Przejechał chudą, kościstą dłonią po moim policzku, zjechał do szyi i wyraźnie kierował się niżej. Obawiałam się najgorszego, a wciąż nie mogłam nic zrobić. Jak w jakimś śnie, w którym ktoś mnie goni, a ja nie mogę uciec, bo nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Po policzku pociekła mi łza, którą ten potwór czule starł swoim kciukiem.
- Nie płacz – wymruczał. – Spodoba ci się.
- Philip! – krzyknęła Eliza, wchodząc do salonu. – Co ty z nią robisz? Daj jej spokój.
Facet tylko się skrzywił, jeszcze raz objechał mnie wzrokiem, a potem oblizał wargi, puścił mnie i podszedł do niej.
- Wybacz, kochanie. Wy wszystkie w tej rodzinie jesteście niesamowicie pociągające.
- To nie moja córka, Philip. Została po Jamesie, ja bym jej tu nie trzymałą, ale zapisał na mnie dom, tylko pod warunkiem, że będzie tu mieszkać także ona. W innym przypadku dom jest jej. Poczekaj na mnie, muszę zamienić z nią słowo.
Mówiła w miarę cicho, ale doskonale wszystko słyszałam. Nie pierwszy raz tak o mnie opowiadała swoim fagasom… Odeszła od niego, reagując cichym piśnięciem na to, jak klepnął ją po tyłku na pożegnanie.
- No idź – warknęła, popychając mnie na schody. Potknęłam się, ale w końcu ruszyłam. Czułam, że jest źle, dlatego w końcu zaczęłam omijać co drugi schodek, niemal ścigając się z Elizą, kto pierwszy będzie na górze.
- Co to miało znaczyć?! – wrzasnęła. Nie wiedziała, o co chodziło. Zrobiłam coś źle? Niby co? Widziała mnie z Duffem? Nawet jeśli, to gówno jej do tego było. – Prowokujesz moich facetów – wyjaśniła, widząc moją tępą minę.
- Co? Ja nie…
- Milcz! – wrzasnęła.
- Ale ja…
- Zamknij się, szmato. Mała dziwka, ledwie odrosła od ziemi i już wyrywa starszych od siebie.
- To on się do mnie dobierał.
Spojrzała na mnie nienawistnie i z całej siły uderzyła w twarz. Poczułam jak zapiekł mnie lewy policzek. Więcej! Miałam wrażenie, że zapłonął żywym ogniem. Przycisnęłam do niego swoją dłoń i zaczęłam płakać. To było takie żałosne, że sama się na siebie wściekłam, ale opadałam z sił, na nic innego nie było mnie już stać.
Eliza wyszła, trzaskając głośno drzwiami, a ja w akcie desperacji zasunęłam za nią drzwi i chwyciłam za telefon, mając nadzieję, że Duff był już w domu.
Nie miałam pojęcia, czy byliśmy już parą, czy jeszcze nie, gdyż z dzisiejszych rozmów to nie wynikało, ale mimo wszystko był moim najlepszym i niestety jedynym i przyjacielem, tylko w nim mogłam szukać wsparcia. Normalnie pewnie zamknęłabym się w czterech ścianach, opłakując to, co się stało, ale chyba tym razem potrzebowałam, aby ktoś był przy mnie. Najlepiej właśnie on.
- Halo – powiedział głos po drugiej stronie słuchawki, najprawdopodobniej należący do pani McKagan.
- Dzień dobry, z tej strony Roxanne. Duff może już wrócił?
- Tak, właśnie wszedł. Duff, do ciebie – rzuciła do syna i przekazała mu telefon, szepcząc niby tak, żebym nie usłyszała: - Roxanne…
- Roxanne, cześć, czemu dzwonisz? Dopiero się widzieliśmy…
- Duff, mogę do ciebie przyjść? Albo czy możesz jeszcze wyjść, przyjść do mnie, pójść się najebać, cokolwiek – prosiłam, błagalnym głosem, połykając łzy. Było ze mną naprawdę źle, a on to czuł.
- Coś się stało? – spytał zaniepokojony.
- Powiem ci, jak się spotkamy. Możesz?
- Jasne! Już do ciebie lecę, czekaj na mnie.
- Wyjdę. Spotkamy się w drodze. Dzięki Duff, kochany jesteś!
Rozłączyłam się, zalewając się kolejną falą łez. Pewnie makijaż, nad którym rano tak zawzięcie pracowałam już cały spłynął, ale teraz mnie to najmniej obchodziło. Zdjęłam tę cholerną sukienkę i koturny, i założyłam jeansy, koszulkę Ramones i glany. Narzuciłam na siebie jeszcze skórzaną kurtkę i wyszłam przez okno. Zjechałam po rynnie, nie pierwszy raz w życiu, i wybiegłam najszybciej jak mogłam z terenu mojego „domu”.
Biegłam jak oszalała, ile sił w nogach, żeby tylko jak najszybciej stamtąd uciec. Nienawidziłam tego miejsca, odkąd zbrakło taty. Nienawidziłam każdej sekundy z tą małpą, potworem zatruwającym mi życie. Co z tego, że miałam wszystko, czego chciałam, jak nie mogłam zaprosić nawet koleżanki, bo nigdy nie wiedziałam, czy w salonie, tuż naprzeciwko drzwi, moja macocha aktualnie nie pieprzy się z którymś ze swoich facetów? Duffa dopuściłam do siebie tylko dlatego, że byłam zdesperowana, potrzebowałam towarzystwa, a on wydał mi się być taki, jak ja, może tylko mniej nieporadny i aspołeczny.
Zobaczyłam jego sylwetkę, nacierającą z naprzeciwka pospiesznym krokiem. Zmieniłam tempo na sprint i rzuciłam mu się w ramiona. Prawie się przeze mnie wywalił, ale na szczęście zdołał złapać równowagę i przycisnął mnie mocniej do siebie.
- Co się stało? – spytał tak troskliwym tonem głosu, że rozkleiłam się jeszcze bardziej.
- Ja… Ja chyba nie chcę o tym rozmawiać, póki co.
Nic już nie powiedział, tylko stał tak i mnie przytulał. Właśnie tego od niego chciałam, żeby był. Nie żeby starał się na się mnie pocieszyć, mówić jakieś „będzie dobrze” albo „no nie płacz już”, ale żebym mogła się w niego wtulić i sobie popłakać.
Nie wiem, naprawdę nie wiem, ile czasu go tak przytrzymałam, ale zdążyło się zrobić już trochę ciemniej i ledwo było widać okolicę. Oderwałam się od niego, już trochę spokojniejsza i spojrzałam mu prosto w oczy. Miał zaniepokojony wzrok, ale o nic nie pytał, tylko czekał, aż sama coś powiem.
- Możesz coś zrobić, żebym nie musiała tam wracać? – spytałam cicho, mając nadzieję, że naprawdę wymyśli coś genialnego.
- Jak chcesz, to możesz przenocować u mnie – zaproponował i był to strzał w dziesiątkę.
- Nie chcę robić ci kłopotu.
- Żaden kłopot, chodź. Widzę, że coś jest nie tak, byłbym chujem, jakbym cię zostawił.
Objął mnie ramieniem i poprowadził do swojego domu. Był naprawdę cudowny, taki troskliwy i szczery w tym, co robił. Nie wiem, co w sobie miał, ale tak łatwo mi przyszło mu zaufać. Sparzenie się na nim byłoby najgorszym, co mogło mi się stać od śmierci ojca.
Wpuścił mnie do domu i zakomunikował swojej matce, że „Roxanne potrzebuje noclegu”. Pani McKagan oczywiście nie odmówiła mi pomocy, ale była odrobinę uprzedzona co do pomysłu umieszczenia mnie w pokoju Duffa. Obiecaliśmy jednak, że będziemy grzeczni i nie zasuniemy drzwi na klucz, żeby mogła do nas wpadać i sprawdzać, czy chociaż nie robimy nic nieodpowiedniego. Blondyn przyjmował jej uwagi z takim znudzeniem, że zaczęłam się zastanawiać, ile dziewczyn nocowało tu przede mną. Ostatecznie udało nam się w końcu dotrzeć do jego pokoju.
Nie byłam tutaj pierwszy raz, ale zawsze rozglądałam się dokoła z ciekawością. Było to tak klimatyczne pomieszczenie, że cały czas szukałam kolejnych powodów, żeby je uwielbiać nawet bardziej i zawsze je znajdowałam. Po lewej stronie od drzwi urządzona była mała biblioteczka, a nieco dalej, bliżej okna, stało biurko, a na prawo od niego, na podłodze, stały dwie gitary, akustyczna i elektryczna, a nieco dalej wzmacniacz do tej drugiej. Z prawej strony stała wieża, a nieco dalej stolik nocny, na nim masa papierów i zegar, a przy ścianie całkiem spore łóżko. Ściany były pełne plakatów jego ulubionych zespołów, odkryłam też, że w wazonie trzyma pałeczki perkusyjne.
- Może chcesz się umyć? Nie obraź się, ale wyglądasz tragicznie taka rozmazana.
Szczery aż do bólu, ale przynajmniej nie mamił mnie, że zapuchnięte, czarne od tuszu policzki nie wyglądają aż tak źle… Poszłam do łazienki i zmyłam te zacieki, co w sumie nie było dla mnie większym problemem, bo pokazanie się bez makijażu było dla mnie bardziej normalne niż w nim. Starałam się szybko uwijać, bo nie chciałam być teraz sama. Gdy skończyłam, wróciłam do jego pokoju i siadłam na łóżku, a on przysunął do mnie fotel obrotowy i usiadłszy na nim, zaczął mierzyć mnie wyczekującym wzrokiem.
- Pewnie chcesz wiedzieć, o co chodzi… - mruknęłam, niezbyt zadowolona z tego faktu, ale zdawałam sobie sprawę, że przecież to w miarę oczywiste, że jest ciekawy, czemu tuliłam się do niego na środku chodnika przez kilkanaście minut, jeśli nie dłużej. Kiwnął przytakująco głową. – Tylko ja nie wiem, czy chcę ci o tym powiedzieć. To znaczy nie, źle. Jeszcze raz. Chcę o tym powiedzieć właśnie tobie, ale nie jestem pewna, czy teraz. Bo wiesz, to długa historia i pewnie puściłyby mi nerwy, znowu bym się poryczała i…
- To nic. Jeśli nie chcesz, to nie mów, ale jeżeli czujesz, że byłoby ci lepiej, jakbyś się wygadała to wal śmiało. Mi się nigdzie nie spieszy, a nawet jak się poryczysz, to co? Przecież to nic złego.
Uśmiechnął się do mnie pocieszająco i wciąż czekał. Westchnęłam krótko i – co mogłam innego zrobić? – zaczęłam opowiadać.
- Moja matka umarła jak miałam trzy lata, nawet jej nie pamiętam. Tata często mi o niej opowiadał, jak jeszcze byłam dzieckiem. Była piękna, widziałam wiele jej zdjęć. Według taty bardzo ją przypominałam, zarówno z wyglądu jak i charakteru. Ojciec długo nie mógł wrócić do normalnego życia po jej śmierci. Z kobietami zaczął spotykać się dopiero kilka lat później, ale żadna z jego wybranek nie była – jego zdaniem – zbyt dobra, żeby zostać z nami na dłużej. Aż w końcu poznał piękną i uroczą Elizę, która przy nim była niemalże wzorem wszelkich cnót. Pobrali się zanim zdążyłam ją lepiej poznać i… cóż. Przy ojcu Eliza naprawdę była w porządku, ale gdy zostawałyśmy same zamieniała się w prawdziwą diablicę. Dwie różne osoby. Poniżała mnie, szczerze przyznawała, że nie jestem mile widziana w jej domu i żebym nawet nie próbowała mówić o niczym ojcu.
Zrobiłam krótką pauzę. Przede mną była najgorsza część, ta, której tak nienawidziłam i byłabym w stanie oddać wszystko, aby nigdy się nie wydarzyła.
- Cztery lata temu mój ojciec dowiedział się, że ma raka. Zostało mu pół roku życia. Eliza, chociaż otwarcie nigdy by się nie przyznała, widziała w tym całkiem niezły interes. Przed jego chorobą często się kłócili. Byłam pewna, że w końcu się rozwiodą i wszystko wróci do normy, jednak gdy lekarz powiedział, że rak płuc z przerzutami nie pozostawia tacie zbyt wiele czasu, Eliza zaczęła być dla niego podejrzanie miła. On, biedny, łykał wszystko, bo myślał, że ona naprawdę chce spędzić z nim te ostatnie chwile w zgodzie, ale oczywiście chodziło tylko o to, żeby przepisał na nią dom. No i przepisał, ale pod warunkiem, że ja i moja babcia będziemy w nim mieszkać. Czyli, obiektywnie patrząc, dom jest mój. Eliza nie była z tego faktu zbyt zadowolona, ale co mogła zrobić? Zgodziła się. Teraz kombinuje, jakby obejść przepisy, ale to nieważne. Gdy mój ojciec… - Tutaj poczułam, jak szklą mi się oczy. I tak długo wytrzymałam. Byłam pewna, że już dawno pęknę i wyleję potok łez. – Kiedy umarł, Eliza zaczęła wtrącać się w moje życie. To znaczy mogłam robić, co mi się podobało, ona nie zwracała uwagi na to, czy chodziłam do szkoły, czy jadłam, czy cokolwiek. Miałam też pieniądze, na co tylko chciałam. Dawała mi kasę, żebym się odpieprzyła i zajęła sobą. Ustaliła mi jednak grafik, wedle którego miałam wychodzić z domu i wracać o ustalonych przez nią porach, podczas gdy ona pieprzyła się w moim domu ze swoimi facetami. Nie można mi też było przyprowadzać nikogo, bo przecież zawsze jej wizyty mogły się przeciągnąć, a nie chciała, żeby ktoś widział, co ona z kim wyprawia. Mnie miała w dupie, już kilka razy widziałam… Nie ważne. Przestrzegałam tych grafików. Jak tego nie robiłam, to mnie lała, albo odcinała od kasy, więc z dwojga złego wolałam czasem wyjść z domu i się poszwendać. Ostatnio zaczęła mnie bić i wyzywać coraz częściej. Znęcała się nade mną i w ogóle. Coraz częściej też jej faceci... interesowali się mną. Kilku już się do mnie dobierało, a mnie wtedy zawsze łapała taka panika, że nie mogłam się ruszyć. Jeden… - Pierwsza łza. Mogłam być chyba z siebie dumna, kończyłam historię, a dopiero zaczynałam płakać. – Jeden pewnie by mnie zgwałcił, gdybym jakimś cudem nie odnalazła władzy w nogach i nie zwiała, kopiąc go uprzednio w jaja.
- Kurwa… - wyrwało mu się.
- Duff, ja… Ja czasem nie wytrzymuję psychicznie. Parę razy myślałam o tym, żeby się zabić, ale nie mogłabym zostawić babci samej z tym potworem.
Wzięłam kolejny oddech. Chłopak patrzył na mnie zszokowany, chociaż osobiście nie sądziłam, żeby moja historia była jakoś szczególnie tragiczna.
- Pierwszą próbę samobójczą przeprowadziłam… Chcesz o tym w ogóle słuchać?
- Oczywiście.
- Tydzień po śmierci babci. Nie miałam już nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić z pomocą. Kiedyś, gdy jeszcze żył tata miałam przyjaciółkę, ale jej rodzina przeprowadziła się do Miami i praktycznie straciłyśmy kontakt. Chciałam podciąć sobie żyły, ale jeden z facetów Elizy mnie znalazł i wezwał pogotowie. Po wyjściu ze szpitala dostałam za to, że chciałam się zabić, a raczej za to, że mi się to nie udało. „Jak już masz coś zrobić, to rób to porządnie, albo wcale”, tak powiedziała Eliza, chwilę po tym, jak uderzyła mnie w twarz. Zmotywowała mnie tym do kolejnej próby. Tym razem tabletki, ale, kurwa, za mało wzięłam. Znowu jakiś frajer odtransportował mnie do szpitala, a ja znowu dostałam od Elizy za to, że nie umiem się zabić.
- I-ile było tych prób? – spytał niepewnie, coraz bardziej zszokowany.
- Dwie. Miała być trzecia, ale wtedy… poznałam ciebie. – Uśmiechnęłam się delikatnie, widząc jak jego oczy otwierają się jeszcze szerzej. – Wtedy, gdy potrąciłeś mnie na schodach, wracałam z cmentarza. Przeprosiłam tatę i babcię za to, co postanowiłam, ale obiecałam też, że tym razem nie dam plamy i jeszcze godzina, a się spotkamy. Bałam się jak cholera, bardziej niż przez ostatnie dwa razy. Gdy się wywaliłam, a ty pomogłeś mi wstać i potem zaprowadziłeś pod sam dom pomyślałam, że może to był znak, żebym się jeszcze wstrzymała. Dlatego spytałam, czy wybierasz się następnego dnia do szkoły. Twoja odpowiedź trochę mnie podłamała, ale postanowiłam zaryzykować, jeszcze jeden dzień musiałam wytrzymać.
- Dziewczyno, czy ty chcesz powiedzieć, że…
- Nieświadomie uratowałeś mi życie. I dobrze, że jednak przyszedłeś wtedy do szkoły. Odkąd cię poznałam już nie myślałam o tym, żeby się zabić.
Duff przez chwilę przyglądał mi się pustym wzrokiem, potem zmienił obiekt zainteresowania na bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, a następnie bez słowa usiadł na łóżku i przytulił mnie tak mocno, jak jeszcze nigdy. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, starając się powstrzymać łzy. Nie chciałam już ryczeć, nie miałam powodu. Wspierał mnie, był obok, czułam się bezpiecznie, czemu więc miałabym się rozklejać? Było mi dobrze.

DUFF
Straciłem zdolność racjonalnego myślenia. Przytulałem tę drobną blondynkę, tak skrzywdzoną już przez świat, a będącą zaledwie w moim wieku. Czułem, że to jej pomoże, a jeśli nie jej, to przynajmniej mi. Nie zdawałem sobie sprawy, że zwyczajne odprowadzenie jej wtedy do domu powstrzyma ją od czegoś tak drastycznego, jak samobójstwo. Szczerze mówiąc nigdy nie podejrzewałbym jej o takie próby. Zwłaszcza, jak już ją naprawdę poznałem, jak zaczęliśmy żartować i jak zdałem sobie sprawę, że ona nigdy nie bywa smutna. Jak widać najciszej cierpią ci najnieszczęśliwsi.
Dużo czasu upłynęło, zanim się od niej oderwałem i spytałem, co teraz zamierza.
- Pewnie rano wrócę do domu i będę udawać, że całą noc tam siedziałam.
- Nic nie zrobisz z tą Elizą i jej facetami?
- A co mam zrobić? Duff, serio, co ja mogę?
- Walczyć o dom i wyjebać sukę.
- Nie jestem pełnoletnia. Muszę poczekać i dopiero za kilka lat będę mogła jakoś starać się ją wywalić.
- A, no tak. – Faktycznie, sytuacja póki co bez wyjścia.
- No właśnie. Ale dobra, zmieńmy temat. Nie musisz się mną aż tak przejmować.
- Muszę. Ale faktycznie, pogadajmy o czymś przyjemniejszym.
- Zagraj mi coś – poprosiła, wskazując gitarę.
- A co byś chciała?
- Cokolwiek. Coś Zeppelinów.
Wziąłem elektryka i zacząłem „Since I’ve Been Loving You”, ale Roxanne natychmiast oprotestowała tę piosenkę, każąc mi zagrać „Babe I’m Gonna Leave You”.
- To skoro wiesz, co chcesz, to mogłaś powiedzieć…
- Sprawdzałam, czy zagrasz „Stairway to Heaven”.
- A miałem to zagrać?
- Nie.
- Kobiety… - westchnąłem i zacząłem to nieszczęsne „Babe…”. – Zaśpiewasz?
- Nie umiem.
- Śpiewaj – zachęcałem. W końcu ugięła się i nieśmiałym głosem zaśpiewała:
- Babe, baby, baby, I'm Gonna Leave You. I said baby, you know I'm gonna leave you. I'll leave you when the summertime, Leave you when the summer comes a-rollin', Leave you when the summer comes along.
Miała piękny głosik, nie wiem, czemu sądziła, że nie umie śpiewać. Po pierwszej zwrotce kazała mi dokończyć tę piosenkę. Zgodziłem się, ale czując, że w moim wykonaniu nie brzmi ona tak delikatnie i ładnie. Miałem bardziej punkową barwę, zupełnie inną od jej melodyjnego głosiku. Mimo wszystko jakoś nam to wyszło. Trochę ona, trochę ja, podołaliśmy.
- Nauczysz mnie kiedyś na czymś grać?
- Oczywiście. Gitara, perkusja, bas?
- Gitara. I perkusja. I bas.
Zaśmiałem się serdecznie, mówiąc:
- No tak, to było do przewidzenia.
Przez dłuższy czas brzdąkałem coś bez ładu i składu, coś co nawet nie siliło się na bycie sensowną melodyjką, aż w końcu spojrzałem na nią. Przypomniała mi się moja myśl z popołudnia, że wkopałem się na amen. Roxanne była taka śliczna, zwłaszcza jak się uśmiechała, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Zarumieniła się, widząc, że się na nią tak gapię i spytała:
- Czemu znów się we mnie tak wpatrujesz?
- Bo jesteś śliczna.
Zarumieniła się jeszcze bardziej i odwróciła wzrok. Chyba nikt jej jeszcze tego nie mówił, może poza ojcem i zidiociałymi napaleńcami tej całej Elizy.
- Roxanne… - zacząłem, nie do końca wiedząc, jak mam sformułować pytanie, które nurtowało mnie, odkąd tylko się pożegnaliśmy. – Jak…? Nie. Czy my…? Nie, inaczej.
- Do rzeczy, McKagan – popędzała mnie blondynka, ale chyba nie zdawała sobie sprawy, jak trudne dla mnie jest to pytanie.
- Co między nami jest? – Znów zrobiła ten obłędny gest i zamrugała kilkakrotnie powiekami. – Nie do końca wiem, jak traktujesz to wszystko, co się dziś wydarzyło. Bo… ja nie żartowałem. Może nie było po mnie widać entuzjazmu, ale byłem tak zajebiście zdziwiony, że się zgodziłaś, żeby to była randka, że nie potrafiłem nic sensownego zrobić. I… I nie wiem.
- Ja też nie żartowałam. Z mojej strony wszystko to było całkowicie na serio.
- Naprawdę? – Spojrzałem na nią z nadzieją w oczach. Kiwnęła twierdząco głową, posyłając mi jeden z tych oszałamiających uśmiechów. No dobra, Duff, co dalej? Mam spytać jak dzieciak, czy chce być moją dziewczyną, czy od razu polecieć w ślinę?, zastanawiałem się, nie spuszczając z niej wzroku. Chyba zastanawiałem się zbyt długo, gdyż w końcu blondynka poprosiła, jakby odrobinę zrezygnowanym głosem:
- Zagraj mi coś jeszcze.
- Co tym razem? Zagrałbym coś o Roxanne, ale jedyna piosenka, jaka przychodzi mi teraz na myśl to ta The Police, a wątpię, żeby to było odpowiednie.
- Nie, zagraj. Lubię tę piosenkę.
- Rób mi chórki – rzuciłem i zacząłem znów grać. Nie to powinienem teraz robić. Jednak „uderzenie w ślinę” było lepszą opcją, ale trudno, jestem jebanym cykorem, to muszę teraz to odcierpieć.
Piosenka dobiegła końca, a ja zastanawiałem się, czy Roxanne znów wyjdzie z inicjatywą, czy będę musiał zrobić to ja. To znaczy musiał… Chciał. Chcę ją dziś pocałować, chcę ją nazwać moją dziewczyną.  Najgorsze jest to, że wiem, że ona chce dokładnie tego samego, a nie mam pojęcia jak się za to zabrać.
Kurwa, jestem jeszcze takim zidiociałym dzieciakiem…
Znowu zacząłem się na nią gapić. A ona znowu czuła się przez to nieswojo.
- Znów się tak uporczywie patrzysz… Tylko proszę cię, nie mów już, że jestem ładna. Wymyśl coś oryginalniejszego. –Uśmiechnęła się, odwzajemniając spojrzenie. Dobra, kurwa, teraz albo nigdy, pomyślałem i zbliżyłem swoje wargi do jej ust. Nie odsunęła się, a co więcej, wyczułem, jakby poruszyła się nerwowo, ale w tym pozytywnym sensie. Pokonałem kolejne kilka centymetrów, pozostawiając między naszymi twarzami niewielką przestrzeń. Już prawie czułem jej oddech, już zamykałem oczy, już byłem pewien, że wszystko pójdzie dobrze, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Moja matka oczywiście nie mogła sobie znaleźć lepszego momentu na odwiedziny i zapragnęła robić kontrolę właśnie teraz, gdy byłem już tak blisko…
- Wejdź, mamo – mruknąłem, odsuwając się niechętnie od blondynki i poprawiając gitarę.
- Przyniosłam wam kanapki, pewnie zgłodnieliście. Woda na herbatę już się parzy, za minutkę będzie.
- Dzięki, mamo. Możesz już iść.
- Oj synek, synek… - Uśmiechnęła się do mnie wesoło, a następnie obdarzyła takim samym, sympatycznym uśmiechem Roxanne. Uwielbiałem jej podejście do ludzi, w ogóle ją uwielbiałem, ale jej największą wadą zdecydowanie było pojawianie się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. – Dobrze, nie przeszkadzam wam już. Wpadniesz za chwilę po herbatę, czy mam wam przynieść?
- Yyy… - zawahałem się. Żadna opcja nie była dla mnie wystarczająco satysfakcjonująca.
- Przyjdziemy. I bardzo dziękujemy za kanapki, to miło z pani strony – odezwała się prawie-moja-dziewczyna.
- Ależ nie ma sprawy. Widzisz Duff, jak się zachowują kulturalni ludzie? Powinieneś się uczyć od koleżanki. To przyjdźcie za jakieś pięć minut do kuchni.
- Dobrze, mamo, przyjdziemy. A czy teraz mogłabyś…?
- Jasne, już mnie nie ma. Grajcie sobie. – Posłała nam kolejny uśmiech i wyszła.
Popatrzyłem na Roxanne, ona na mnie i w tym samym momencie wybuchliśmy śmiechem.
- Twoja mama jest wspaniała.
- Wiem. Jest najlepsza, ale czasem zbyt… nachalna.
- Nie, jest w porządku. No i zrobiła nam kanapki.
No tak, zrobiła, ale przerwała coś, co strasznie chciałbym kontynuować. Nie zamierzałem jednak używać tych obleśnych tekstów rodem ze słabych romansideł, typu „na czym to skończyliśmy?”, bo nie o to chodziło. Po co miałem kończyć coś, czego nawet nie zacząłem? Wolałem zacząć coś nowego. Tylko co tym razem? Znowu mam się na nią gapić, aż straci cierpliwość?
- Jemy? – spytała.
- Tak, tak, naturalnie. Przepraszam, z tego wszystkiego zapomniałem, że możesz być głodna.
- Nie szkodzi. Ale faktycznie, jestem przeraźliwie głodna.
- Jedz, pójdę po herbatę – zaoferowałem i zostawiłem ją samą w pokoju.

Trzy godziny później

Siedzieliśmy i gadaliśmy w najlepsze, chociaż było już zdrowo po pierwszej. Nie mogliśmy już grać ani śpiewać, ale i bez tego świetnie sobie radziliśmy. Siedziałem na podłodze, opierając się plecami o łóżko i napierdalając pałeczkami perkusyjnymi w fotel obrotowy, na którym rozwaliła się Roxanne, czasami tylko z rozpędu trafiając w jej nogę.
- I co, myślisz, że od razu jak wyjedziesz do LA, to znajdziesz sobie wszystko, czego chcesz?
- Nie, no co ty. Będę musiał poszukać, ale mówię ci, patrzysz na przyszłą gwiazdę. Jestem pewien, że mi się uda. Absolutnie, kurwa, pewien.
- No dobra, powodzenia. A kiedy zamierzasz wyjechać?
- Jeszcze nie wiem, ale nie będę tu siedział nie wiadomo, kurwa, ile. Do pełnoletności nie dotrwam, nie ma szans.
- Ekstra… - mruknęła.
- O co chodzi? – coś było nie tak, widziałem to w jej pogardliwych odpowiedziach.
- O nic.
- Roxanne, nie bądź jak inne kobiety.
- No bo, kurwa. Ja ci dzisiaj zasugerowałam, że bez ciebie moje życie nie ma sensu, a ty chcesz mnie zostawić samą? Naprawdę, Duff?
- Ależ kto tak powiedział? Po pierwsze, mamy jeszcze kilka lat wspólnego koczowania w tym zasranym Seattle, a po drugie, czy tego chcesz, czy nie, jedziesz ze mną, maleńka.
- Co? – Oczywiście zamrugała powiekami. Boże, jak mnie to nakręcało!
- No to. Myślisz, że zostawiłbym cię samą w tej dziurze, zdaną na łaskę jakiejś pindzi? Nie ma mowy, skarbie, jesteśmy przyjaciółmi, czy nie?
- No…
- No właśnie. Dlatego nie zostawię cię samej, dopóki nie powiesz mi prosto w oczy i w pełni świadoma: odpierdol się ode mnie, Duff.
Zaśmiała się cierpko, ale chyba ją tym przekonałem. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym zostawić ją tutaj samą, zwłaszcza po tym, co mi opowiedziała. Po wszystkich tych próbach samobójczych, depresjach i innych tego typu niezbyt normalnych zachowaniach. Nie było opcji, żebym gdziekolwiek jechał bez niej! Nawet, jeśli jej by się to nie podobało.
- No dobra, a kim zamierzasz być? Gitarzystą solowym? Rytmicznym? Perkusistą?
- Basistą. Trochę się jeszcze poduczę i będę wymiatał. Nie jestem aż tak zdolny, żeby iść na gitarzystę. Są lepsi ode mnie, za duża konkurencja, a ja chcę być zajebiście sławny, a nie spełniać się jako gitarzysta, ale w jakimś podrzędnym zespole, którego nikt nie słucha.
- No dobra, może i masz trochę racji. Ale ja uważam, że jesteś wspaniały na gitarze.
- Tylko ty tak uważasz.
Westchnęła i podeszła do okna. Odciągnęła firankę i popatrzyła w niebo. Nie było widać zbyt wiele gwiazd, raptem kilka migoczących punkcików i księżyc w pełni.
- Chciałabym mieszkać w takim miejscu, żebym mogła każdej nocy patrzeć na rozgwieżdżone niebo. Jak byłam młodsza, tata każdego lata zabierał mnie za miasto na kilka dni. Nocami leżeliśmy na trawie i patrzyliśmy w niebo, usiane miliardami małych punkcików. Uwielbiałam to i może gdyby nie jego śmierć, dalej byśmy to robili.
Podszedłem do niej, słysząc, jak łamie się jej głos. Spojrzałem na nią i faktycznie, kilka łez obsuwało się powoli po jej policzkach. Nieporadnie otarłem je dłonią. Nie chciałem, żeby znowu płakała, ale rozumiałem, że wspomnienie jej ojca może być dla niej dość ciężkie.
- Przepraszam, Duff. Nie powinnam była tego mówić, tylko się głupia poryczałam. – Spuściła głowę, ale chwyciłem jej podbródek i uniosłem go tak, żeby zobaczyć jej zaszklone oczy.
- Nie płacz. Jestem przy tobie.
Nachyliłem się i w końcu trafiłem ustami do jej warg! Wreszcie ją pocałowałem i – co najlepsze – ani myślała uciekać. Cierpliwie przyjmowała każdy pocałunek, nieco później zaczęła je odwzajemniać. Miała tak fantastycznie miękkie usta, że oddałbym wszystko, żebym nigdy nie musiał się od nich odrywać. To były zdecydowanie najlepsze usta, jakie kiedykolwiek całowałem!
Kiedy już się od siebie oderwaliśmy, a dodam, że oboje zrobiliśmy to dość niechętnie, znów spojrzałem jej w oczy. Już nie były zaszklone, a wręcz odnalazłem w nich wesołe iskierki.
Uśmiechnęła się do mnie i wtuliła się w moją klatkę piersiową.
- Duff ja... Dziękuję. Nigdy nie przypuszczałabym, że ktoś taki jak ty...
- Już, cichutko. Żadne wydarzenie, że zawróciłaś mi w głowie.

ROXANNE

Dla mnie to jednak było wydarzenie. Ogromny łut szczęścia, że w końcu komuś się spodobałam, że znalazł się ktoś, kto chciał się ze mną zadawać. Nikt jeszcze, poza moim ojcem i Claudią nie był dla mnie aż tak dobry.
Przytulałam go tak długo, że w końcu straciłam rachubę czasu. On znów wykazał się cierpliwością, bo nie odtrącał mnie, w żaden sposób nie sygnalizował, że mu się to nudzi, tylko po prostu stał ze mną przy tym oknie, otaczając ramionami.
- Wiesz, że wpakowałaś się w niezłe gówno? - spytał, uśmiechając się pod nosem.
- Czemu?
- Bo teraz jesteś już tylko moja i będę cię męczył jeszcze częściej.
- Myślę, że jakoś to wytrzymam - odparłam, unosząc głowę i uśmiechając się do niego słodko. On w odpowiedzi znowu musnął moje usta. To było takie fantastyczne uczucie, że prawie się rozpływałam w tym jego uścisku.
Chciałam mu powiedzieć, że właśnie przeżywam swoje najlepsze chwile, że nigdy jeszcze nie czułam się tak cudownie, że sprawił, że cały mój świat nabrał nowych barw, ale wydało mi się to zbyt pretensjonalne. Mógł się tego wszystkiego domyślić, przecież znał moją przeszłość.
- To... co robimy? - zapytałam, stając się, żeby nie dało się wyczuć żadnego podtekstu.
- Nie wiem, a co byś chciała?
Wzruszyłam ramionami. Co bym chciała? Całować się z nim do rana. Nie wiem, czy jemu też to sprawiało tyle przyjemności, ale ja byłam zachwycona. Blondyn robił to nieziemsko i chociaż nie miałam porównania, czułam, że jest w tym świetny.
- Nie jesteś jeszcze zmęczona? Nie chce ci się spać?
- Nie. A tobie?
- Też nie. To może czegoś posłuchamy? - Wskazał ręką na swoją imponującą kolekcję kaset.
- A nie obudzimy nikogo?
- Nie wiem. Zobaczymy.
Miałam ochotę na pierwszy album Zeppelinów, możliwe, że było to natchnienie śpiewanego przez nas wcześniej „Babe I’m Gonna Leave You”, a Duff zgodził się z moją decyzją. Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Good Times Bad Times”, ja zaczęłam odlatywać. Siadłam przy ścianie z głupawym uśmieszkiem, wsłuchując się w każde uderzenie w bębny na początku, w każde brzmienie gitary, w melodyjny śpiew Roberta Planta. Blondyn mógł mnie wziąć za idiotkę, ale z tego, co zdążyłam zauważyć przez półprzymknięte powieki, jedynie się uśmiechnął, ale bardziej ze zrozumieniem niż z kpiną. Usiadł obok mnie, a ja machinalnie położyłam mu głowę na ramieniu. Nie wiem czemu, normalnie przecież bym tego nie zrobiła, ale Zeppelini działają na mnie jak alkohol, staję się dzięki nim odważniejsza i robię, a czasem mówię rzeczy, które normalnie zdusiłabym w sobie. Ot, specyficzne działanie dobrej muzyki.

Duff objął mnie ramieniem i musnął ustami moją skroń. Kurwa, jak to ma tak wyglądać, to chcę z nim być już na zawsze, pomyślałam, poprawiając się trochę, żeby nam obojgu było wygodniej. Było tak perfekcyjnie, że zaczęłam dziękować losowi, że tamten napaleniec się mnie czepiał. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tu teraz, nie byłabym pewna, co łączy mnie i Duffa i nie byłabym najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
______________________________


Witam! Podobno poprzedni rozdział był za krótki, więc teraz wstawiłam coś znacznie pokaźniejszego. Szkoda tylko, że jakościowo jest - moim skromnym zdaniem - znacznie słabszy.
Wprowadziłam perspektywę Roxanne, która od teraz będzie się w miarę regularnie pojawiać. Nie wiem, czy to się Wam spodoba, ale czasem trzeba zostawić na trochę Duffa.
Dziękuję za takie pochlebne komentarze :) Chciałabym też prosić, żeby każdy, kto to czyta, coś tutaj napisał. Cokolwiek, chcę tylko wiedzieć, ile osób naprawdę to czyta. Oczywiście mile widziane byłyby długie, wnoszące coś komentarze, ale przecież do takich nikogo nie zmuszę... To dla mnie dość istotne, bo po wyświetleniach wydaje się, jakbym miała co najmniej z dziesięciu czytelników, a po komentarzach niestety nie.
Do następnego!

6 komentarzy:

  1. Piszę ten komentarz kolejny raz, bo mój zjebany telefon... szkoda gadać.
    Opowiadanie mi się podoba, lubię narrację Duffa. Na początku Roxanne wydała mi się taką biedną, smutną, nieśmiałą, rozlazłą sierotką Marysią, ale mam nadzieję, że jednak taka nie będzie. Czytam/Czytałam tysiące opowiadań i po prostu mam dość pewnych rzeczy. Ale nie martw się, Twoje opowiadanie już lubię i będę czytać. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest nowy rozdział- jestem i ja... Co mogę powiedzieć... Nie zauważyłam, żeby miał być w jakiś sposób gorszy od pozostałych. Styl ten sam (styl, który lubię), ale jest coś nowego- pojawia się perspektywa Roxanne... No i właśnie... Do samego opowiadania wiele to wnosi- wiemy już jak ona "patrzy" na całą sprawę. Wychodzą na jaw rewelacje związane z jej życiem i tu pozwole sobie uczepić się... Zanim to zrobie dodam, że jest to jak zawsze subiektywna ocena i z całą pewnością inni czytelnicy inaczej odbierają jej postać. Ale do rzeczy... Z jednej strony czytamy o jej życiu "rodzinnym" (raczej jego braku), o tym, że faceci macochy się do niej dobierają, na co ta robi się agresywna... Niewątpliwie dziewczyna przeżyła (przeżywa) gigantyczny dramat i tu rodzi się pytanie- Roxanne może nie ma zbyt wysokiego mniemania o sobie, ale słowa, które padają z jej ust- np. "do rzeczy"- popędzanie go, czy małe docinki- świadczą o jakiejś tam pewności siebie- nie jestem przekonana, czy taka dziewczyna byłaby pewna siebie na tyle, by tak reagować- dwie próby samobójcze świadczą raczej o tym, że jednak nie. Sprawa pocałunku- czy po tym, jak facet macochy wyraźnie chciał ją przelecieć, a ona sama jeszcze za to oberwała- czy pozwoliłaby na pocałunek- ja raczej bym się trzęsła- nawet gdybym tego chciała- to po takim przeżyciu sprzed kilku godzin... no delikatnie mówiąc miałabym opory. W pewien sposób wyjaśniasz to mówiąc czytelnikowi, że właściwie Duff ją uratował, ale nie zmienia to faktu, że po takim czymś doprowadzenie do pocałunku dla mnie jest prawie niemożliwe. Tak jak mówię jest to tylko moja subiektywna ocena i w żaden sposób nie umniejsza tego opowiadania- nadal bardzo mi się podoba- ale no nie mogę się tego nie uczepić. Słowa, które tu przytoczyłam są tylko przykładem...
    Dlatego chyba zdecydowanie bardziej podoba mi się perspektywa Duffa- pewnie dlatego, że zawsze fajnie jest poczytać, jak odbierają to faceci- tylko (ale to już mój uraz jakiś wyimaginowany) no cholera nie znoszę określenia "polecieć w ślinę" (czy jakoś tak) ale 15- latek patrzący na to w ten sposób jest wiarygodny (pewnie tak właśnie myśli). To już jest kwestia bagażu mojego wieku - zapewne dlatego nie lubię tego określenia- wydaje mi się obdzierać pocałunek z całej magii- ale no tak jak mówiłam mój wiek robi swoje. Dodam jeszcze, że perspektywa Duffa chyba jest moim zdaniem bardziej swobodna, co raczej zrozumiałe biorąc pod uwagę przeżycia głównej bohaterki.
    Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, żebyś się nie przejmowała moim komentarzem - takie zrzędzenie starej baby powyżej wieku krytycznego :)
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział i serdecznie pozdrawiam
    Mili

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki fajny, długi komentarz! :3
      Cóż, masz rację. Chyba przegięłam z tym pocałunkiem.
      Dziewczyna ma trochę pewności siebie, bo jest moim odbiciem. Nieśmiała, ale jak kogoś lepiej pozna, zmienia się nie do poznania :) Trudno mi wyobrazić sobie, co może przeżywać osoba, która ma w domu tak, jak Roxanne i - głupio się przyznać - zapomniałam o tym, że jednak w jej psychice może siedzieć coś, co mogłoby ją przed tym powstrzymywać. No ale cóż, uznajmy po prostu, że ona nie miała z tym problemu :)
      Mówisz, że wolisz perspektywę Duffa. Cóż, też wolę pisać jako Duff. Roxanne jest poważniejsza i nie wszystkie wyrażenia do niej pasują, a gdy opisuję perspektywę McKagana, mogę sobie pozwolić na wszystkie głupkowate teksty, jakie znam (a znam ich całkiem sporo, gdyż dwa lata temu wyszłam z zoo zwanego gimnazjum...) Takim tekstem jest to "lecenie w ślinę", którego też nie lubię, ale uznałam, że pasuje do takiego trochę nieogarniętego, nastoletniego Duffa.
      A komentarzem może nie będę się jakoś bardzo przejmować (w takim sensie, że rozpamiętywać, płakać i tak dalej xD), ale cenię sobie rady i na pewno wezmę je do serca! I oczywiście serdecznie za nie dziękuję :)

      Usuń
  3. Też mogę czepiać się psychiki Roxanne i to jak jej zachowanie czasem kłóci się ze sobą, ale postawienie się na miejscu dziewczyny jest trudne, więc jak najbardziej rozumiem. Fajnie, że piszesz z perspektywy (już) dwóch postaci. Nareszcie wiemy co czuje Roxanne! :D
    Duffa nie będę się czepiać, bo uwielbiam jego rozkminy i poczucie humoru.
    Piszesz na luzie, dobrze się to czyta, lubię Twój styl.
    Czekam na następny rozdział! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma tu jeszcze zbyt wielu rozdziałów, jednak już mogę stwierdzić, że uwielbiam to opowiadanie! Jest po prostu cudowne! Miałaś bardzo oryginalny pomysł; nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej natknęła się na historię piętnastoletniego Duffa i za to właśnie masz ogromnego plusa ode mnie :)
    Podoba mi się Twój styl, jeśli chodzi o fabułę także nie mam większych zastrzeżeń. Gdyby dzisiejszy rozdział nie był tak długi, zapewne przyczepiłabym się do tego, lecz pod tym względem wszystko gra. No i akcja jest, moim zdaniem, nieco za szybka. Przecież bohaterowie dopiero się poznali, a już są parą. Jednak to, że ja nauczyłam się zwolnić z akcją, bo jeszcze niedawno pędziłam do przodu i moje opowiadania składały się z dwóch części prolog-epilog, nie znaczy, iż Ty również musisz :)
    Najbardziej podobają mi się chyba fragmenty pisane z perspektywy Duffa. Udało Ci się idealnie wykreować jego postać! Jest jak każdy nastolatek, a jednak także trochę jakby bardziej wrażliwy. Wprost go kocham <3 Wiesz, co jeszcze mi się podoba? W większości opowiadań, Gunsi mają spieprzone dzieciństwo, a u Ciebie tego nie zauważyłam. McKagan ma normalną rodzinę, nikt nikogo nie katuje, no może poza rodzeństwem, ale to nic takiego :)
    Co do Roxanne... Ma piękne imię, które od razu kojarzy mi się z piosenką The Police. W ogóle, patrząc na jej zdjęcie w zakładce bohaterowie, mogę śmiało stwierdzić, że jest cała piękna! W przeciwieństwie do Duffa nie ma zbyt ciekawej sytuacji w domu, ale wierzę, iż chłopak jej pomoże. Czytając o jej przeżyciach, próbach samobójczych i depresji zrobiło mi się tak straszliwie żal tej dziewczyny. Jednocześnie poczułam z nią więź, bo sama przechodzę właśnie przez trudny emocjonalnie okres.
    Podsumowując - opowiadanie zapowiada się ciekawie. Właściwie teraz, kiedy bohaterowie są razem, nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby stać się dalej. Mam nadzieję, że kolejne rozdziały będą podobnej długości, choć nie załamię się też z powodu krótszego :) Jak napisałam wcześniej, bardzo mi się tutaj podoba. Na pewno będę wpadać. Tymczasem dodaję Twojego bloga do polecanych :)
    Życzę jak najwięcej weny i pomysłów. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam nie uważam, że akcja rozwija się za szybko. Jeśli już miałabym się przyczepić do tego tempa to tylko dlatego, że lecąc z fabułą pozbawiłaś nas możliwości poczytania Twoich mistrzowskich opisów spotkań na linii Roxanne-Duff :D
    Przyznam szczerze, że ten rozdział nie zaciekawił mnie AŻ TAK jak poprzedni, może dlatego, że zmieniłaś narrację, a dziewczyny... Hmm... Ciężko mi to wyjaśnić, ale w takich żeńskich narracjach niemal zawsze odczuwam lekkie znużenie (broń Boże nie przez Ciebie, nienienie, bo piszesz świetnie), głównie dlatego, że zamiary, myśli oraz zachowania dziewczyn są (przynajmniej dla mnie) bardzo łatwe do przewidzenia. Tu płacz, tam niepewność... A Duff? Z nim nigdy nic nie wiadomo! :D Większość jego poczynań jest impulsywna i totalnie nieprzemyślana, że nie wspomnę o tych nastoletnich tekstach z leceniem w ślinę xD To mi się podoba, kurewsko mi się podoba jego swoboda i te właśnie niepoważne myśli - to one sprawiają, że jego postać jest naprawdę wiarygodna. Wracając do narracji Roxanne, nie przejmuj się tym moim gadaniem od rzeczy, bo wszystko jest w jak najlepszym porządku - po prostu głośno myślę xD a pomyślałam akurat o tym, że najzwyczajniej w świecie wolę perspektywę chłopaków. Zawsze. Mimo to ciekawie było dowiedzieć się, co o tym wszystkim sądzi sama Roxanne, chociaż nie ukrywam, sądziłam, że jak na razie pozostaniesz przy samym Duffiątku, a dziewczę jeszcze przez pewien czas będzie dla czytelników taką chodzącą zagadką.
    Tak jak i moje poprzedniczki - nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałów i tego, co w nich opiszesz ;) Skoro JUŻ teraz D&R są parą, to co się będzie działo w kolejnych, hehe? XDD czekam z utęsknieniem na Twoje świetne pomysły i rozdziały, w których żadne zdanie nie jest nudne. Hmm, wiesz, często mi się zdarza czytać coś „po łebkach", natomiast u Ciebie... Zmuszałam się do jak najwolniejszego pochłaniania tego tekstu, byleby tylko odwlec nieszczęsną chwilę dotarcia do końca i myśl, że znów trzeba czekać...

    PS: A, zapomniałabym. Na początku również i mi wydawało się, że Roxanne jest nieco zbyt śmiała wobec Duffa po tych wszystkich przeżyciach. Ale przeczytałam Twój komentarz i chyba masz rację, że w życiu zdarzają się przeróżne sytuacje, a ludźmi targają różne emocje, także nie widzę w tym nic złego. Najwyraźniej McKagan jest nadzwyczaj szczerą, otwartą i zachwycającą osobą, która dodatkowo zawładnęła jej młodzieńczym sercem. Teraz tylko pozostaje mieć nadzieję, że przy nim zacznie jeszcze pewniej stąpać po ziemi i nie stanie się ofiarą tego parszywego świata xD

    Avee!

    OdpowiedzUsuń