Następnego dnia
Chyba wczoraj trochę przegiąłem.
Nie nastawiłem budzika, nikomu nie mówiłem, żeby mnie obudził, a moja mamuśka
chyba chciała wykazać się sercem i też mnie nie zrywała z łóżka, w związku z
czym wstałem grubo po dwunastej.
- Ja pierdole, Roxanne mnie
zabije – mamrotałem do siebie, wsuwając na dupę spodnie. Przeczesałem ręką
włosy, wziąłem jakąś czystszą koszulkę i zwlokłem się na dół do kuchni. – Czemu
mnie nie obudziłaś? – spytałem, widząc mamę, szykującą coś tam do żarcia.
- Słyszałam, w jakim stanie
wczoraj wróciłeś. Nie nadawałbyś się do szkoły. Uznałam, że zamiast cię tam
wysyłać, po prostu dam ci jakąś ludzką karę. Posprzątasz garaż.
- Mamo! – zajęczałem. – Ale ja
chciałem iść. Ja pierniczę, dzięki tobie Roxanne mnie zabije.
- Nie zabije. A tak w ogóle to
pokłóciliście się o coś? Wybiegła wczoraj tak szybko, że nawet się nie
pożegnała, a potem ty…
- Tak, pokłóciliśmy się, ale nie
chcę o tym gadać, dobrze? Zrobisz mi śniadanie?
- Bardziej obiad.
- Mamo, daj mi cokolwiek, byle
dało się to zjeść, dobrze?
Westchnęła tylko i zrobiła mi
kanapki. Czyli śniadanie, po co było jęczeć? Oszamałem i wróciłem do pokoju.
Gdybym poszedł do szkoły, zdążyłbym na ostatnią lekcję, ale chyba mądrzej było
zostać. Nie dość, że Roxanne by się czepiała jeszcze bardziej, niż jakbym nie
poszedł wcale, to jeszcze musiałbym się użerać z moją ukochaną panią S. W tej
klasie też miałem z nią angielski, czysta rozkosz!
Odczekałem, aż Roxanne wróci do
domu i zadzwoniłem. Odebrała Eliza, zbywając mnie tanimi „Roxanne nie ma w
domu”, „jest w szkole”, „nie dzwoń do niej, szczylu”. W ten sposób nie byłem w
stanie nic zdziałać, uznałem, że pójdę dziś na próbę bez niej, a najwyżej potem
zajrzę do niej i z nią pogadam.
Kilka godzin później
Zjawiłem się na próbie jako
pierwszy. Bezczynne siedzenie w domu doprowadzało mnie do szału, musiałem ze
sobą coś zrobić, więc gdy tylko zbliżała się 16, wybiegłem stamtąd i
przyleciałem do naszego ciasnego magazynku. Pograłem trochę sam, a raczej
powaliłem w gary, ledwo trzymając rytm.
Usłyszałem kroki i donośny głos Bikey.
Rozmawiała z Jasonem żywo gestykulując. Gdy mnie zauważyła, zamarła, skrzywiła
się, a następnie spytała:
- Gadałeś z Roxanne?
- Jeszcze nie, po próbie do niej
pójdę.
- No ja myślę! Cały wieczór skarżyła mi się, że ona się o
ciebie martwi, a ty masz to w dupie.
A więc to o to jej chodziło? Że
niby nie przejmuję się tym, że tak bardzo zaprząta sobie mną głowę? Przecież ja
to doceniam! I to jej irracjonalne zainteresowanie moją edukacją, i narkotykową
fobię. Czemu mogła pomyśleć, że mnie to nie obchodzi? Ja pieprze, jak baby
czasami wyolbrzymiają…
- Nie prawda, że mam to w dupie.
Po prostu była wkurzona i wszystko sobie nadinterpretowała.
- Czemu nie pogadałeś z nią w
szkole?
- Trochę zaspałem… Nieważne,
kurwa, nie chcę o tym gadać, dobra? To sprawa między mną a nią, więc jakbyś
mogła się nie wtrącać, to byłbym ci bardzo wdzięczny…
- No chyba nie tylko między tobą
a nią, jak mi ryczała dwie godziny w rękaw…
- Jak ci się nie podobało, to
trzeba było jej powiedzieć, żeby wypierdalała, kto ci kazał z nią siedzieć w ogóle?
Chyba sama chciałaś się z nią przyjaźnić, to wiedziałaś, na co się piszesz.
Teraz z łaski swojej nie narzekaj.
- Uważaj, jak do niej mówisz –
warknął Jason, zaciskając pięść.
- Bo co?
- Bo to moja dziewczyna. Trochę
szacunku, idioto.
- To co, to znaczy, że może
narzekać, że moja dziewczyna jak była smutna to poszła do niej?
- Kurwa, chłopie, naprawdę to cię
najbardziej uderzyło? A nie na przykład to, że twoja laska była smutna przez
ciebie?
- Nie miała powodu – warknąłem,
wracając do uderzania w gary.
Chwilę później przyszli Dave i
Mike, i mogliśmy zaczynać próbę. Na pierwszy ogień poszedł jakiś lamerski
kawałek, którego nienawidziłem, ale chłopaki upierali się, żeby go zagrać. Nie
miałem zbyt wielkiego pola do popisu, klasyczny rytm, praktycznie cała piosenka
na dwóch bębnach. Przetrwałem to dzielnie i przeszliśmy do Aerosmith. To już
lubiłem, ale jakoś mi dziś nie szło. Myliłem się, uderzałem za cicho, albo znów
za głośno, nierówno... Słyszałem, że pieprzę tę piosenkę, przez co byłem
jeszcze bardziej na siebie wściekły. Oczywiście moi wspaniali kumple nie znali
litości.
- Duff, kretynie, skup się.
- Staram się.
- Nie staraj się, tylko graj
porządnie. Zawsze trzymałeś rytm, co jest?
- Gówno. Gramy dalej.
Zaczęliśmy następny kawałek, tym
razem Ramones. Odpadłem po pierwszym refrenie.
- Kurwa mać, McKagan, co z tobą
dziś jest nie tak? – wrzasnął Mike.
- Pokłócił się z Roxanne –
wtrącił Jason.
- Bardzo nam wszystkim przykro z
tego powodu. Możesz już nie zgrywać ofiary i grać normalnie?
- Kurwa, próbuję. Jakby jego
laska nie darła na mnie mordy, to by było w porządku. – Posłałem Jasonowi
nienawistne spojrzenie. Blondyn zacisnął pięść, prawie zgniatając w niej
kostkę, ściągnął gitarę, oparł ją o wzmacniacz i prawie do mnie podbiegł. Za
fraki ściągnął mnie ze stołka, przyparł do ściany i warknął tuż nad moim uchem:
- Zachowuj się, McKagan, bo dziś
mnie wyjątkowo wkurwiasz.
- Mówię, jak jest. Wszyscy się
wpieprzacie w moje sprawy, oni, ty i twoja panienka. Mam tego kurwa dosyć.
Chwilę po tym, jak skończyłem
mówić, poczułem na swojej twarzy pięść Jasona, a następnie krew zbierającą się
w moim nosie i w ustach.
- Nie nazywaj jej panienką,
skurwysynie. Chyba, że mam ci poprawić.
Zmierzył mnie zimnym,
nienawistnym wzrokiem, a potem puścił i odszedł kilka kroków. Z nosa spływał mi
strumień szkarłatnej cieczy, gdy przełykałem ślinę, czułem słodki smak krwi.
Wkurwiłem się jeszcze bardziej. Rzuciłem się na niego i zacząłem okładać go
pięściami. On nie pozostawał mi dłużny i zaczęliśmy się porządnie napierdalać.
Słyszałem jak Bikey krzyczała, żebym go zostawił, jak chłopaki próbowali
przemówić nam do rozsądku, ale dopóki nie zaczęli nas rozdzielać, nic na nas
nie działało.
- Uspokójcie się, idioci! –
krzyknął Mike, gdy jakimś cudem udało im się nas od siebie oderwać.
Spojrzałem na mojego przeciwnika.
Miał rozcięty łuk brwiowy i podbite oko, ja zaś czułem jak pali mnie policzek i
zajebiście boli brzuch. Kutas uderzył mnie z całej siły gdzieś w okolice
żołądka, myślałem, że się na niego porzygam.
Bikey natychmiast podbiegła do
swojego kochasia, żeby sprawdzić czy przeżyje, a mnie obrzuciła kilkoma czułymi
słówkami.
- Dobra, dziś próby nie będzie.
Spierdalajcie, zastanówcie się, czy na pewno chcecie się żreć, czy nie lepiej
się dogadać i pogadamy jutro – zarządził Mike. Mówił, jakby był jakąś pieprzoną
przedszkolanką, a my jej wychowankami, których odsyła do kąta.
Wziąłem, co moje i wyszedłem
stamtąd, nawet nie oglądając się, czy temu zjebowi nie przyszło na myśl
rozpierdolić mojej perkusji. Z nosa cały czas lała mi się krew, chociaż teraz
jakby trochę mniej. Do Roxanne nie miałem co iść w tym stanie. Wkurwiłbym ją
jeszcze bardziej i na tym by się skończyło. Skierowałem się wiec z powrotem do
domu.
Na moje nieszczęście w hallu
natknąłem się na mamę, która zawzięcie myła podłogę. Gdy wlazłem w brudnych
buciorach i jeszcze zachlapałem płytki krwią, zaczęła się na mnie drzeć.
Najpierw były to teksty w stylu „zdejmij te buty, nie widzisz, że umyta?”, a
potem „co się stało? Z kim się lałeś?”. Chciałem to przemilczeć i po prostu
pójść do łazienki się umyć, ale nie dawała za wygraną.
- Czy to ważne? Daj mi spokój.
- Michael Andrew McKagan, powiedz
mi do cholery, z kim się lałeś! – krzyknęła. Oczywiście od razu przywołało to
sępy, które powyglądały ze swoich pokoi i czekały na dalszy rozwój wydarzeń.
- Z nikim. Nic ważnego. –
Natknąłem się na jej piorunujący wzrok. – Z Jasonem.
- O co poszło?
- O Roxanne, no a o co?
Przypieprzył się do nas, to powiedziałem, co o tym myślę. To mi przywalił. No a
ja jemu.
- Boli cię coś?
- Trochę brzuch. Mogę iść się
umyć?
Skinęła głową. Poszedłem na górę,
ignorując docinki mojego zjebanego rodzeństwa i zamknąłem się w łazience.
Spojrzałem w lustro. Cały ryj brudny od zaschniętej i świeżej krwi, warga
napuchnięta, nawet włosy były nie wiedzieć czemu posklejane. Wyglądałem jak
siedem nieszczęść. Albo i siedemdziesiąt siedem nieszczęść. Masakra!
Umyłem się, przebrałem i gdy już
wyglądałem w miarę jak człowiek, zszedłem znów na dół. Teraz już mogłem iść do
Roxanne, ale najpierw musiałem coś zjeść. Umierałem z głodu.
Wszedłem do kuchni, otworzyłem
lodówkę i wyjąłem z niej kabanosa.
- Pamiętasz, że sprzątasz dziś
garaż? – zagadnęła mama.
- Co?
- No tak, nie budziłam cię do
szkoły, więc sprzątasz.
- No chyba nie! Ja chciałem iść
do szkoły, z nikim nie uzgadniałem, że wolę sprzątać jakiś pieprzony garaż!
- Duff, posłuchaj…
- Nic z tego. Nie będę nic,
kurwa, sprzątał. Wolałem, żebyś mnie obudziła, nie prosiłem o to, żeby nie iść
do szkoły. To była twoja decyzja, więc sama sobie sprzątaj.
Wziąłem jeszcze jednego kabanosa
i wypierdoliłem z domu. Miałem już dosyć na dzisiaj. Pokłóciłem się chyba już z
każdym, z kim tylko mogłem. Na końcu zostanę bez dziewczyny, zespołu i
wydziedziczony przez własną matkę. Zajebiście, kurwa…
Szedłem ulicą, wpierdalając tego
kabanosa i pewnie wyglądając przy tym co najmniej niepoważnie. Ale szczerze
mówiąc, gówno mnie to wtedy obchodziło. Zapieprzałem do Roxanne szybkim
krokiem, piętnaście minut później już byłem pod jej domem i dobijałem się do
drzwi. Otworzyła mi Eliza, a jakże…
- Roxanne nie ma.
- A kiedy może wrócić?
- Nie wiem.
- A może jej pani powiedzieć, że…
Nie dała mi dokończyć, kłapnęła
mi drzwiami przed nosem i zniszczyła tym samym przedostatnią nadzieję na dziś. Ostatnią
nadzieją był włam do pokoju mojej dziewczyny. Nie dosłowny, ale rzucanie żwirem
w okno powinien wystarczyć.
Nazbierałem trochę tego żwiru i
stanąłem za domem, próbując dorzucić. Nawet mi się udawało, ale nie było
żadnego odwetu z jej strony. Wyrzuciłem garść, potem drugą, trzecią i nic.
Wspinanie się po rynnie odpadało, nie zamierzałem z siebie robić aż takiego
desperata.
Dałem za wygraną. Odpuściłem. Najwyżej
spotkam się z nią jutro w szkole, pomyślałem i z takim planem opuściłem tę
posesję. Nie chciałem wracać do domu, u żadnego z chłopaków pewnie też nie
byłem zbyt mile widziany. Został mi tylko bar.
Skręciłem w prawo, jednak coś
mnie tknęło i spojrzałem w tę pieprzoną lewą stronę. Zamarłem. Gapiłem się jak
głupi, nic nie rozumiejąc z tego, co się właśnie działo. O co chodziło? Czemu
tak? Roxanne stała dosłownie naprzeciwko mnie, jakieś trzydzieści metrów dalej,
wtulona w tego, któremu ufałem najbardziej. Prędzej spodziewałbym się tego po
Jasonie, niż po nim.
Nogi się pode mną ugięły. Nie
wiedziałem, czy iść do nich, wpierdolić Dave’owi, wyzwać Roxanne i trochę sobie
tym ulżyć, czy przełknąć to i pójść do tego baru, póki jeszcze miałem władzę
nad nogami. Musiałem się długo zastanawiać, gdyż w końcu Roxanne spojrzała w
moją stronę. Byłem kawałek od nich, ale usłyszałem jej żałosny jęk:
- Duff…
Oderwała się od Dave’a i chyba
chciała do mnie podejść, ale odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Po prostu
sobie stamtąd spierdoliłem, bez pośpiechu, bez zbędnego okazywania emocji.
Udałem się do tego pieprzonego
baru, zamówiłem flaszkę, siadłem w kącie i piłem. Nie potrzebowałem
towarzystwa, zbędnego gadania ani niczego. Chciałem tylko się urżnąć,
zapomnieć. Zapomnieć o tym wszystkim, co mnie kiedykolwiek łączyło z Roxanne.
Wybrała Dave’a, mojego najlepszego kumpla. Dlatego dzień wcześniej się tak
dziwnie zachowywała, chciała mieć po prostu pretekst, żeby ze mną zerwać.
Sprytne, jak cholera… Mogła walnąć prosto z mostu: „Duff, jesteś kretynem, wolę
twojego kumpla”. Nie zrozumiałbym? Z pewnością przyszłoby mi to łatwiej, niż
ogarnięcie tej sytuacji…
Było nam razem tak dobrze, czemu
chciała to zniszczyć w taki sposób? Dlaczego Dave mi to zrobił? Czemu odebrali
mi wszystko, co miałem jednego dnia, bez żadnych zapowiedzi, nie wiem, kurwa,
czegokolwiek? Beż żadnego słowa wyjaśnienia. Bez żadnego wyzwiska, wygarnięcia
mi prosto w twarz. Bolałoby mniej niż taka cicha konspiracja.
Byłem w połowie flaszki, gdy
przysiadł się do mnie jakiś pijaczek. Zarośnięty, śmierdzący i brudny, ale nie
wyganiałem go. Miał swój alkohol, mógł siedzieć.
- Czemu jesteś taki otępiały,
kawalerze? – spytał przepitym, ale jakby zmartwionym głosem. – Kobieta? –
Przytaknąłem. – Na babę to nie ma rady. Życie z nimi ciężkie jak diabli, ale
bez nich też nie idzie. Wiem, bo sam miałem cztery. Każda następna lepsza od
poprzedniej. Aż nie mogę się doczekać kolejnej! Skłóciła się z tobą?
- Tak. A potem poleciała do
mojego kumpla – wysyczałem, pociągając kolejny łyk.
- Bo wszystkie baby to kurwy! –
krzyknął jakiś grubszy facet z sąsiedniego stolika, najwidoczniej
przysłuchujący się naszej rozmowie.
- Ona nie jest kurwą! – warknąłem
na niego. – Ona jest wspaniała…
- A jednak zdradziła – wtrącił
pijaczek, który się do mnie przysiadł. – Jeśli mogę ci coś doradzić, kawalerze,
nie przywiązuj się za bardzo do kobiety. Każda najpierw obiecuje cuda, a potem
zostawia faceta z niczym. Moja druga żona, Panie świeć nad jej duszą, zdradziła
mnie po trzech latach współżycia z moim bratem. Goniłem ją za to z siekierą
przez pół miasta, aż w końcu ją dorwałem.
- Zabił ją pan?! – Przestraszyłem
się, łącząc to ze słowami „Panie świeć nad jej duszą”.
- Nie, nie jestem zbyt celny.
Wyjechała do Arkansas i została prostytutką. Przynajmniej w mojej wersji
wydarzeń. – Uśmiechnął się dziwnie, jednak przemilczałem to, postanawiając nie
drążyć tematu.
- Roxanne jest inna. Przynajmniej
tak mi się wydawało.
- Wszystkie baby to kurwy! –
powtórzył tamten grubas, ale tym razem to zignorowałem.
- Zamknij się, Pete! Roxanne, jak
powiadasz kawalerze, pewnie zobaczyła w tamtym coś, czego nie widziała w tobie.
Baby mają taki szósty zmysł, że jak wyczują coś, czego im potrzeba u innego, to
do niego idą. Nie twoja wina. Znajdziesz sobie jeszcze taką, która to w tobie
będzie to widziała. Moja czwarta żona, świętej pamięci, mówiła, że jest we mnie
mężczyzna jej marzeń.
- Nie żyje?
- A coś ty się tak tej śmierci
uczepił, synu?
- Powiedział pan „świętej
pamięci”.
- No tak, nie żyje. Ale tej to mi
było szkoda. Dobra baba była, najlepsza. Mówię ci, kawalerze, każda następna
jest lepsza. Która to była twoja?
- No… Pierwsza. – Pominąłem mój
pseudo-związek z Laurą.
- Ohoho, to ty nawet nie wiesz,
ile jeszcze przed tobą! Nie pij już tego, bo młody jesteś, a to niezdrowe, idź
do domu i przez tydzień sobie pocierp, a potem wyjdź i szukaj nowej kobiety.
Tak jest najlepiej. No już, zmykaj, synu. – Niezbyt subtelnie wypchnął mnie z
ławki i zabrał moją flaszkę. – Idź, idź. Zajmę się nią.
- Jest jeszcze pół…
- No widzę. Idź już. – Uśmiechnął
się do mnie, zamykając przy tym oczy. Poddałem się, może faktycznie nie ma co
walczyć o tę flaszkę. Tak samo jak i o Roxanne.
- Na zdrowie – powiedziałem i
wyszedłem. Zaczęło się ściemniać, więc uznałem, że powrót do domu nie byłby
takim złym pomysłem. Własne łóżko, cisza, spokój. Idealnie.
______________________________
Serio czytają to tylko dwie osoby? Dzięki...
Jestem w środku wielkiego kryzysu twórczo-światopoglądowego. Nie mam pojęcia, jak skończyć to opowiadanie, a stoję tuż przed bramą z wielkim napisem "KONIEC". Roxanne jest zbyt inteligentna, a Duff zbyt uparty, by odpowiadał im taki koniec, który zaplanowałam. A ja nie wiem, jak mam z nimi rozmawiać, żebym mogła postawić na swoim. Chyba im odpuszczę...
Nieważne.
Z całego serca dziękuję Anonimowej Mili, której komentarze ratują mnie przed zwątpieniem we wszystko! To, że wstawiam ten rozdział, jest w głównej mierze Twoją zasługą :) Chociaż jestem niezaprzeczalnie wdzięczna wszystkim, którzy to czytają i komentują.
Do następnego!
Izia, Izia, ja czytam, serio, czytam, ale wiesz, że komentowanie i Lola nie chodzą parami ;( ale to jest cudowne, uwielbiam to! i obiecuję spiąć dupę i za jakiś czas wpaść z konkretami! <3
OdpowiedzUsuńAlee zajebisty blog, przeczytałam wszystkie rozdziały praktycznie jednym tchem ;D Dobrze że znalazł się ktoś kto pisze jako młody Duff i opisuje jego przeżycia zanim, stał się 'gwiazdą rocka'. Oczywiście, czekam na dalsze rozdziały, bo już nie mogę doczekać się dalszej akcji.
OdpowiedzUsuńA tymczasem zapraszam na bloga mojego i mojej koleżanki, na którym właśnie ukazał się prolog, a już za niedługo ukaże się 1 rozdział.
http://roadtocalifornialivingaftermidnight.blogspot.com
nie, nie, nie, proszę, nie mów o końcu! :<
OdpowiedzUsuńnie podoba mi się roxanne w tym rozdziale, coś jest nie w porządku, dlaczego ona przytulała dave'a??!?!?!?!
a duffa mi szkoda, biedaczek.
czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział!
Miałam dziś tylko przeczytać, bo na biurku czeka na mnie z utęsknieniem książka od matmy, ale ten rozdział jest tak świetny, że nie potrafię odłożyć komentarza na później. Podobał mi się chyba najbardziej ze wszystkich, sama nie wiem dlaczego. Być może to perspektywa Duffa, którą wprost uwielbiam. Jesteś jedną z niewielu osób, jakie potrafią tak cudownie opisać przeżycia i uczucia nastoletniego chłopaka. Zazdroszczę Ci ogromnie! Mnie nigdy nie dane było posiąść tej umiejętności :<
OdpowiedzUsuńCóż mogłabym jeszcze napisać? Ach, tak! Jestem zła i zawiedziona postawą Roxanne. Myślałam, że w tym rozdziale odbędą z McKaganem szczerą rozmowę i dojdą do porozumienia, wszystko będzie znowu dobrze. Tymczasem ona Duffcia olała i rzuciła się w ramiona jego przyjacielowi. Cios poniżej pasa. Widać wyraźnie, że chłopakowi na niej zależy. Nie chce dopuścić do siebie myśli, jak bardzo zawiódł się na Roxanne. Nic więc dziwnego, iż po tak nieprzyjemnym widoku poszedł zatopić uczucia w alkoholu. Ten fragment akurat mnie rozbawił, a to za prawą jegomościa, który dosiadł się do Duffa. Zdecydowanie najlepszy w całym rozdziale! Na koniec nasuwa się pytanie - czy McKagan posłucha rad tego człowieka i zapomni o Roxanne? Nie sądzę. A to sprawia, że nie mogę doczekać się kolejnej części opowiadania :)
Odnośnie czytania i komentowania opowiadania - wszędzie jest z tym problem, a wynika to po prostu z obowiązku szkolnego znacznej większości czytelników. Sama nie skomentowałam ostatniego rozdziału za co Cię mocno przepraszam. O wiele mniej czasu zajmuje samo przeczytanie, na komentarz trzeba poświęcić nieco więcej czasu, jeśli chce się aby wyszedł sensowny ;)
No nic, pozostaje mi jedynie życzyć Ci dużo weny i czasu na tworzenie kolejnych rozdziałów. Pozdrawiam! <3
Zapraszam do nas na 2 rozdział :)
OdpowiedzUsuńhttp://roadtocalifornialivingaftermidnight.blogspot.com
Aaa a kiedy mogłabym spodziewać się kolejnego rozdziału? Bo już nie mogę się doczekać :D